Frytki

„Ale po prostu nie wytrzymałam, gdy w czasie przedstawienia zobaczyłam, że widzowie z pierwszego rzędu w czasie przerwy kupili sobie frytki i zaczęli je jeść. Przerwałam przedstawienie, kazałam oddać pudełko z jedzeniem i wyrzuciłam je w kulisy. Wróciłam do grania, ale długo nie mogłam się uspokoić – byłam wściekła”. To cytat z wywiadu z Dorotą Kolak, polską aktorką.

Nie rozumiem trzech rzeczy. Do jakiego poziomu zwyrodnienia lub głodu trzeba dojść, by przychodzić do teatru, żeby jeść? Gdzie w tym czasie była obsługa sali, która powinna była amatorów frytek natychmiast usunąć z widowni? I dlaczego frytki sprzedaje się w teatrze? Bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że widzowie „z pierwszego rzędu” w czasie przerwy opuścili teatr, pobiegli do najbliższego punktu sprzedaży frytek, wrócili z tym dość cuchnącym łupem do teatru i zostali wpuszczeni na widownię. Mylę się?