Demony poriomanii nawiedzały księżną Windischgreatz wczesną jesieną i wówczas dzwoniła do Brana. Bran lubił wędrówki z księżną, wspólną lekturę Miasta w oprawie nostalgicznych popołudni, gdy słońce – osiągnąwszy już porę rozsądku – szczyci się umiarem, a łagodny wiatr życzliwie odwraca kartki ulic. Obecność księżnej zmieniała porządek rzeczy. Przestrzeń przeistaczała się w lokaja, który dyskretnie usuwa zużyte naczynia, i zdawało się, że to nie ona przemierza ulice, lecz ulice usłużnie przesuwają się obok niej, niepocieszone, że nie są w stanie zwabić jej spojrzeń. Ktoś postronny gotów byłby przysiąc, że w trakcie tych spacerów księżna przeżywa momenty obezwładniającej nudy, ale Bran doskonale wiedział, że to tylko pozory. Księżna czytała Miasto jak czyta się zaszyfrowany list, między wierszami, ledwo ocierając się spojrzeniem o frazesy ulic, twarzy czy zdarzeń, szukając jedynie zawartych w nich aluzji, zamaskowanych przesłań, ukrytych znaczeń. Wydawała się poruszać raczej w czasie niż w przestrzeni i czyniła to ze swobodą kogoś, kto zgłębił tajemnicę boskiego hermafrodyty, sekret zielonego lwa i centkowanej pantery, kto odkrył kamień filozoficzny sędziwego wieku, chociaż jej pięćdziesiąt osiem lat nie mogło stanowić przepustki do continuum pamięci. Było w tym jednak pewne podobieństwo i dar ten nosił wszystkie znamiona tego samego przypadku, a księżna świadomie potęgowała to wrażenie. Mawiała często, że już w chwili narodzin musiała być stara dawnością swego rodu, pamiętającego wyprawy Trzech Róż i kwietne wojny pierwszych naczelników, choć napój ten – przyrządzony zdobrze wyważonych ingrediencji dumy, rzeczowości i pogardy – zawierał niespodziankę tylko dla naiwnych. Krztusili się połykając cierpki klejnot siedmiusetletniej wiśni, ukryty na dnie kielicha, podczas gdy prawda uśmiechała się do nich z drugiej strony lustra, z miejsca, gdzie czas, uwolniony od absurdalnego „wczoraj” i nigdy nie istniejącego „jutro”, odzyskuje pierwotną gęstość swojej konsystencji.
Bran zabierał księżną w najstarsze części Miasta, aż na Zamkowe Wzgórze i w stłoczone, ciasne dzielnice, położone na zapleczu dawnego Placu Królewskiego, gdzie owrzodzone wilgocią domy przypominają szeregi nędzarzy, ustawionych w kolejce do miejskiej garkuchni, a ostre dźwięki, dochodzące z warsztatów szlifierzy karelskiego granitu, budzą zamarłe już echa świstu gilotyny. Były to trędowate części Miasta. Jednak w przeciwieństwie do Venny, która w obawie przed opalescencją unikała miejsc zbyt mętnych i kontrastów zbyt brutalnych – zawsze wychodząc z tego chora i roztrzęsiona – księżna wkraczała tam tak śmiało, jakby to były jej własne latyfundia.
Zwykle rozpoczynali wędrówkę od Zamkowego Wzgórza. Uliczki były tam strome i ciemne, a w jednej z nich – w pasażu przed kinem „Viking”, którego neonowe szaleństwo kończyło się na literze V, żarzącej się imperialną czerwienią – przyjmowała prostytutka z drewnianą nogą. Jej przydomek, Hera, dobrze świadczył o czyjejś wyobraźni. Była to wysoka, siwowłosa kobieta, mniej więcej czterdziestoletnia, o zimnej, zastygłej twarzy zdradzonej Junony, w jakiś sposób przystojna i pociągająca mimo kalectwa, którego nie próbowała ani ukrywać ani maskować. Nie odstręczało to zresztą klientów. Przeciwnie, wydawało się, że właśnie to przyciąga ich i fascynuje. Hera nigdy nie musiała godzinami wyczekiwać na ulicy, nagabywać i zaczepiać przechodzących mężczyzn – to ono polowali na moment, gdy odprowadzając gościa ponownie ukaże się w progu domu. Ubierała się skromnie, a jej makijaż, choć wyrazisty, nigdy nie był wyzywający. Pracowała od rana do wieczora, nie odmawiając usług nikomu, a stałość jej taryfy, ignorującej inflacje i recesje, przywodziła na myśl symboliczną opłatę pobieraną przez służebnice babilońskiej bogini Mylitty. Hera uprawiała swój zawód z pasją chłodną i metodyczną, jakby spełniała jej tylko wiadomą pokutę lub dokonywała zemsty, a wyobraźnia Brana – zawsze skora do poetyckich sublimacji – węszyła w jej przeszłości romantyczny dramat zawiedzionej i wielkiej miłości. Jej wyraźna rezerwa, a nawet wrogość wobec innych kobiet, szczerze odwzajemniana, podpowiadała mu dziesiątki możliwych scenariuszy. Księżna już po wysłuchaniu pierwszej wersji zaostrzyła pazury:
– Niech mi pan oszczędzi tej kiepskiej literatury, Bran – powiedziała – Zamierza pan uczynić z naszej zacnej Hery bohaterkę jakiejś kolejnej niedorzeczności typu melodramat Mayerling, może z Catherine Deneuve w roli głównej. Nie sądzę, by losy Hery pretendowały do takich przeróbek. Są zapewne znacznie prostsze i daleko bardziej skomplikowane jednocześnie, ale kilka czynników, jak prozaiczna nadczynność kory nadnercza, nadpobudliwość hypothalamusa i specyficzne wychowanie, potrafią pisać niekiedy ciekawe życiorysy. Pan zwyczajnie odmawia uznania jej za prostytutkę i szuka usprawiedliwień, a jej rzeczowość i solidność, od razu rzucające się w oczy, a tak obce uprawianej przez nią profesji, podsuwają panu wizję skrzywdzonej dziewicy, która mści się na swoim okrutnym kochanku, oddając się żebrakom i trędowatym. Czy nie brzmi to jak zawartość któregoś z zeszytowych romansów? Może nawet byłoby to do przyjęcia w jakiejś powieści, ale w powieściach nic przecież nie dzieje się bez powodu, a im bardziej ten powód niewiarygodny, tym lepiej. Można to zrozumieć, bo nie wszyscy potrzebują prawdopodobieństwa, by wzruszyć się, ale życie nie dba o powody, w życiu nie ma nic oprócz życia i za tym przypadkiem też zapewne nie kryje się nic nadzwyczajnego. Jej cechy sugerują jedynie surowe, protestanckie wychowanie, zamiłowanie do pracy i porządku, bez względu na okoliczności i miejsce. Jest to kobieta, która w razie pożaru w jej domu miałaby pretensje do strażaków, że wchodząc do mieszkania nie zdjęli obuwia, zabłocili podłogę i poprzewracali strzęty. Jestem przekonana, że w jej skromnym atelier znalazłby pan jedynie cyfrę i geometrię, i ani grama namiętności. Nie, Bran, ona nie potrzebuje naszego współczucia …
(URBS, frag. powieści)