Nic nie dociera do nas równie łatwo jak czarne myśli i katastroficzne wizje. Trafiają do nas błyskawicznie, zagnieżdżają się, nosimy je, rozrastają się, straszą nas, wpływają na nasze życie czyniąc je ponurym i pełnym lęków. Czemu właśnie złe wiadomości, czemu to, co zapowiada nieszczęścia i klęski dociera do nas tak łatwo i czemu tak trudno pozbyć się tego? Czemu nasz umysł tak chętnie koncentruje się na identyfikowaniu wszelkich możliwych scenariuszy zagrożenia? Sądzę, że jeżeli pominiemy ględzenie o podatnych na depresje i czarnowidztwo typach osobowości, to warto poszperać w naszych genach, w genach przechowujących pamięć setek tysięcy lat, gdy byliśmy – jako homo sapiens – osobnikami słabymi i bezradnymi, a niebezpieczeństwo czyhało na nas zewsząd. Jako gatunek przez większą część naszej historii egzystowaliśmy w stanie ciągłego zagrożenia, życie zależało od szybkości naszej reakcji na zagrożenie i aby przeżyć należało być w każdej chwili gotowym do ataku lub ucieczki. Trenowaliśmy instynkt samozachowawczy, instynkt reakcji na zagrożenie setki tysięcy lat. Może więc nie powinno nas zaskakiwać, że na ciemne myśli jesteśmy wyczuleni, uwrażliwieni, że wychwytujemy je z precyzją sejsmografów i analizujemy na wszystkie sposoby. Pogodne myśli nie poruszają nas. Nie mobilizują, nie prowokują ani do obrony ani do ani ucieczki. Dla naszego przetrwania są nieistotne. Owszem, cieszą nas przez moment, ale potem znikają i zapominamy o nich łatwo. Dobre, pogodne myśli może i pomagały nam przetrwać, nie były decydujące dla naszej egzystencji w świecie pełnym pułapek. Dobro nam nie zagraża przecież, a więc i nie jesteśmy w stanie przywiązywać do niego takiej wagi jak do zła. Nigdy nie żyliśmy w Raju i nasz instynkt samozachowawczy najlepiej to poświadcza. Mówi nam, że jeśli chcemy przetrwać, musimy być przygotowany na najgorsze. Wyczuleni jesteśmy więc na najgorsze. Na „najlepsze” nie trzeba się przygotowywać.