… ale jej psychiczny raster, siatka jej duszy była utkana tak gęsto, że nie przepuszczała nawet najdrobniejszych i najbardziej obojętnych zjawisk. Dotyczyło jej wszystko i wszystko w niej osiadało i, co logiczne, wszystko było równie ważne. Wybiórczość, pewna doza obojętności wobec świata, podział na bliskie i dalekie, ważne i nieistotne, ratuje nas przed zatratą i szaleństwem. Jest to egoizm konieczny i niezbędny, egoizm zdrowy, bowiem choć z jednej strony oddziela nas od świata, to z drugiej pozwala być i przetrwać w tym świecie. Zewnętrzny świat jest niepewny i zmienny, podlega ustawicznym przeobrażeniom i tym samym nosi wszystkie cechy mirażu i ułudy. Dla nas samych tylko nasz świat jest prawdziwy, bowiem jest niezmienny. Tylko my jesteśmy realni i tylko przez to inni mogą być realni dla nas. Ale w jej psychice nie było już takiego mechanizmu. Cierpienie jakiegoś człowieka gdzieś z drugiej półkuli, zagłada jakiegoś gatunku chrabąszczy czy głód afrykańskiego dziecka dotykały jej z taką samą siłą jak jej własne cierpienie, jej własna zagłada czy jej własny głód. „Czy cierpienie kogoś, kto nie jest mną jest mniej cierpieniem?” – pytała. Miała tylko jedną odpowiedź na to pytanie, dla niej odpowiedź oczywistą, chociaż była to fałszywa odpowiedź. Stanowimy dla siebie najgłębszą i jedyną niepodważalną rzeczywistość i to, co mnie dotyczy jest zawsze ważniejsze od tego, co mnie nie dotyczy. Dzięki temu jestem w stanie być w świecie, łączyć się z nim. To, co dzieje się poza naszą rzeczywistością, pojmujemy czysto intelektualnie, może nas to wzruszać, ale nie boli. W jej przypadku nacisk otaczającego świata był tak silny, że zatracała tę zdolność. Ją to bolało, bolało naprawdę, bolało tak, jakby to wszystko przydarzało się jej… Jedni mówili, że była samotna, inni, że chora. I jedni i drudzy mieli rację.