… a wyspa wyłoniła się znienacka, z wyniosłym zdumieniem damy, zaskoczonej na obgryzaniu świeżo pomalowanych paznokci. Tir na mBan, kraina marzeń i beztroski, wyciągała ku nam długi, szorstki język plaży, oblizując się łakomie. Miraż, zamiast z ironicznym uśmiechem pogrążyć się w morzu, począł w miarę zbliżania się nabierać cech prowokującej trójwymiarowości, a w chwili spotkania pękł ujawniając głębię, która na kształt spiralnych zwojów mitycznego smoka, wysiadującego jajo chaosu, przebiegała jednocześnie wszystkie poziomy istnienia. Teraźniejszość tylko z grzeczności odwoływała się do przykładu tęczy, która pije z dwóch źródeł. W istocie sama była źródłem i tęczą, bezlitośnie dziurawiącą spróchniałe słoje czasu.
Królowa oczekiwała na brzegu. Fale, wybiegające na piasek o barwie bladego złota z wdziękiem oswojonych łasiczek, znosiły w wilgotnych, lśniących pyszczkach ślimacznice i muszle i pokornie składały je u jej stóp. Misterny wieniec heliotropów i motyli, ozdabiający jej głowę, mógł być spleciony ręką Arcimboldiego lub di Cosimo, kiedy marzył Simonettę, ale królowa miała postać snu, który my śniliśmy. Jej twarz („was this the face that launched a thousand ships”?) była twarzą Semiramis, wypoczywającej przy ocienionym palmami basenie, położonym na dachu babilońskiego Empire State Building, twarzą Małgorzaty Burgundzkiej w której przymglonych oczach, niczym w podwójnym zwierciadle Pyncheonów, żyły sylwetki wszystkich jej kochanków, mordowanych nad ranem, twarzą szczupłej, wysportowanej Pisanelli, uduszonej pod górami różanych płatków, twarzą Amestris, pochylonej z czułością nad obciętymi piersiami jej rywalki, twarzą Izoldy, z głową na ażurowym, pawim oparciu wiklinowego fotela, zasłuchaną w walcu z Opowieści lasku Moreńskiego, mroczną twarzą Nyssii, w ayerowskim makijażu arabesqe, gorsecie z czarnej skóry i wysokich butach, twarzą zgwałconej Rebeki, w krwistych promieniach wschodzącego słońca, w brudnej bramie opuszczonego domu, twarzą Salome, rudowłosej, wytatuowanej wyobraźnią Moreau, tańczącej w kłębach dymu na parkiecie podmiejskiej dyskoteki, twarzą Teresy z Avila, usiłującej wykrzyczeć swoje pożądanie w mikrofon o kształcie srebrzystego lingamu, twarzą Emmy Bovary, z sentymentalnym romansem na kolanach, w zatłoczonym autobusie, twarzą Wiktorii Accoramboni, w geście beardsleyowskiej Lizystraty, twarzą Wandy von Dunajew, cerującej skarpetki jej męża na jego stopach, twarzą Messaliny, w małym kinie, na pornograficznym seansie, twarzą Juliii Farnese i Lukrecji, księżnej Sanseverina i Kleopatry, Livii i Sidonii, Liliah i Dahud z Ys, setkami tej samej twarzy, tajemną maską totema, przechowującą pamięć wszystkich prenatalnych żłobień – ślad pierwszych łez, pierwszej krwi, pierwszego pocałunku, pierwszej zdrady, pierwszego porodu …
Królowa była światem, a otaczający ją krąg tancerek odissi, o taliach wąskich jak antyczne metrum, thiazos menad i kurtyzan, mógł być tylko jej kaprysem, ale kaprys ten żył, żył i wabił. Przebudzony wąż wyśliznął się z ciepłej gleby wiązów i korzeni, zmierzając ku spojeniom kręgosłupa, a deszcz śnionych imion, przechodząc w niepohamowaną gwałtowność tropikalnej ulewy, zagłuszył nawet bicie serca i rozpaczliwe okrzyki Brana. Niedawni wyznawcy kultu jałówki, gorliwi wielbiciele jej łagodnych zboczy, znikali w parnych wnętrzach kusząco zsuniętych przepasek, między trawami rozplecionych warkoczy, niczym zwielokrotnione cienie proroka, silne poczuciem tężejącej mocy swoich zulfakarów. Szaleni katachoi wśród córek Tespiosa …
(URBS, fragmenty)