Strzępy 27

Moja matka nigdy nie żyła, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ona znosiła życie. Znosiła je jak dopust boży, jak klęskę żywiołową, jak ciężką chorobę, jak niezasłużoną karę za jakieś urojone grzechy. Znosiła życie w poczuciu beznadziei, cierpliwie i pokornie. Starała się żyć bezszelestnie, poruszała się na palcach stóp, uważnie i ostrożnie. Żyła tak, jakby życie było czymś, co trzeba przecierpieć, bo nie ma innego wyjścia i żadnej szansy, by to odmienić, żadnej innej możliwości. Kiedy, starym zwyczajem wszystkich młodych ludzi, wyrażałem obrazoburcze poglądy i myśli, była przerażona. Bała się, że zostanę za to ukarany, że życie zemści się na mnie za moje zuchwalstwo. Nikt jej nigdy nie nauczył, jak wychodzić życiu naprzeciw, jak formować je, jak cieszyć się nim, jak je cenić albo chociaż brać takim, jakie ono jest lub może być.