Prawidłowość czy niezmienność zjawisk przyrody nie są żadnym obiektywnym faktem, żadną prawdą. Jest to cecha naszego umysłu, który nie potrafi żyć w chaosie i stwarza porządek nawet tam, gdzie go nie ma i być nie może. Głosimy niezmienność klimatu, przewidujemy pogodę, tropimy prawidłowości w zjawiskach przyrody i awansujemy te idola tribus do rangi wiecznych, niezmiennych prawideł. Boimy się nawet, że możemy zniszczyć przyrodę, niektórzy flirtują z myślą o Ziemi bez człowieka, Ziemi wyzwolonej od naszej arogancji i niszczycielskiej lekkomyślności. Ale przyroda przetrwa, przetrwa bez naszej pomocy. Nasza planeta jest systemem samoregulującym się. Działa zgodnie z fizycznymi zasadami Wszechświata, a nie według życzeń oszołomionych niedźwiadków i nie dba o to, czy i jak długo niedźwiadki zdołają przetrwać. Pewnie po naszym odejściu oceany wypełnią się znów rekinami, a w Afryce zaczną dominować pawiany, bo są wystarczająco agresywne, bezwzględne i chamskie – podobnie jak my. Pewnie bardzo piękny będzie ten świat wszechwładnej zieleni, niezmąconej naszymi marzeniami. Tylko drzewa, monstrualne chwasty i otępiałe, bezmyślne zwierzaki snujące się leniwie po opanowanej przez rośliny Avenue des Champs-Élysées. Cała planeta dla natury rządzącej się swoimi ponurymi prawami. Tylko jaki ma sens marzyć o takim świecie, skoro nie byłoby nam dane go przeżywać i doświadczać? Świat nie potrzebuje nas, to prawda, ale istnieje tylko dlatego, że jesteśmy jedynymi świadkami jego istnienia. Tylko my możemy potwierdzić jego wielkość, bogactwo, piękno, okrucieństwo i złożoność. Pozostałe jego twory są jego immanentną częścią i trwają w nim na podobieństwo mikrobów, które zamieszkują nasze ciała, nic o nas nie wiedząc. Świat nie istnieje bez nas, bez naszej świadomości, i umrze ostatecznie razem z nami. W tej samej sekundzie, gdy zgaśnie ostatnia świadomość, zgasną też galaktyki i komety, promienie słońca i migotliwe światło gwiazd, znikną kwiaty i wulkany, drzewa, owady i zwierzęta. To my wyświetlamy świat.