Przez wiele ostatnich lat słowo odpowiedzialność nie było pupilkiem ani polityków ani mediów. I jedni i drudzy krztusili się, gdy przypadkiem byli zmuszeni użyć tego słowa, a potem długo kajali się i przepraszali wyjaśniając, że mieli coś całkiem innego na myśli. Liberalizm i permisywizm zaczynały grozić służbiście wyprostowanym paluszkiem, gdy tylko ktoś odważył się być tak nieodpowiedzialnym, by choćby wspominać o jakiejś odpowiedzialności. Trzeba było dopiero wirusa, by wydobyć je z cienia, zapomnienia i długoletniej infamii. I proszę, już po paru tygodniach niemal wszyscy, bez jąkania się i przepraszania, swobodnie, całkiem jakby robili to od zawsze, żonglują tym przewrotnym słówkiem. Odpowiedzialność. Nagle stało się bardzo ważne, by być odpowiedzialnym, by zachowywać się odpowiedzialnie. O dziwo także i tu, w Ultima Thule, w Szwecji, gdzie przez ostatnie ćwierćwiecze słowo odpowiedzialność uznawano za gorsze, straszniejsze i bardziej obrzydliwe niż słowa konserwatysta, tradycja czy kapuśniak. Odpowiedzialność. Stary socjotechniczny zabieg, któremu wszyscy byliśmy – w takiej czy innej formie – poddawani już od dziecka, zabieg, który z jednej strony trenuje nas w przestrzeganiu norm i posłuszeństwie wobec autorytetów, a z drugiej przygotowuje już na pokorne akceptowanie kar za niesubordynację. Jest to jeden z najsprytniejszych zabiegów tego typu, a na dodatek wpajany nam od tak wczesnego stadium w naszym życiu, że prawie nigdy nie identyfikujemy tego jako manipulacji. Odpowiedzialność uznajemy za taką samą naszą cechę jak kolor oczu czy skłonność do żylaków. Uświadomiłem to sobie kilka dni temu, gdy jeden z moich znajomych, żyjący w kraju, który obecnie, w dobie łaskawie nam panującego wirusa, wymaga, a nawet żąda od swoich obywateli, by wykazali się odpowiedzialnością, a za jej brak karze horrendalnymi mandatami, przysłał mi mail pełen oburzenia moją nieodpowiedzialnością, bo w ostatnim liście do niego nieopatrznie pochwaliłem się, że w ostatni weekend zgrzeszyłem wizytą w restauracji, gdzie przy dobrym obiedzie i wybornym winie spędziłem kilka uroczych godzin. Moja straszliwa nieodpowiedzialność wstrząsnęła nim do głębi, jak się okazało, i teraz będzie zmuszony zweryfikować opinię o mnie, a przede wszystkim zastanowić się, czy podtrzymywać znajomość ze mną, skoro nie zrozumiem, gdzie kończy się moja wolność i zaczyna się wolność innego człowieka. Chyba nie odpiszę na jego mail, bo parafrazując cytowaną przez niego myśl Alexisa de Tocqueville, zaczynam nabierać przekonania, że tam, gdzie zaczyna się wolność mego znajomego, moja wolność w ogóle nie miałaby szans, by się zacząć. Chociaż może być jeszcze inaczej. Moja najlepsza przyjaciółka na emigracji mówi mi, chyba słusznie, że niewiele ma to wspólnego ze sprawą odpowiedzialności czy wolności, za to jakoś dziwnie znajomo śmierdzi zwyczajną ludzką zawiścią. Pewnie, jak zwykle, ma rację.