Tarantino Once Upon a Time in Hollywood. Pierwszy prawdziwie dojrzały film tego reżysera. Imponująco rozprawia się w nim z pokutującą wciąż jeszcze legendą hippisów (przedstawiając ich jako stado odmóżdżonych baranów, jakimi w istocie byli), bezlitośnie kpi z innej legendy tamtego czasu, czyli Bruca Lee, ośmiesza Sharon Tate, chwilami bliską już beatyfikacji. Znakomicie odtworzone realia epoki, świetnie dobrane nostalgiczne piosenki (Neil Diamond, Simon i Garfunkel), mistrzowsko wplecione w fabułę fragmenty spaghetti westernów, a wszystko w oprawie pocztówkowych, nasyconych pastelami ujęć, co dobrze ilustruje nierealne, papierowe Beverly Hills. To film, który chce się obejrzeć raz jeszcze.