Wędrówka po Cykladach. Ortygia lub Asteria, Wyspa Przepiórek. Wyspa, która jak okręt swobodnie pływała po morzu, cumując w przystaniach życzliwych wiatrów. Osadził ją na miejscu, przymocowując do czterech diamentowych słupów, Posejdon. Nie była to kara. Uczynił tak po to, by dać schronienie Leto, prześladowanej przez Herę. I tu, na brzegu wyschniętego dziś, owalnego jeziorka, które w starożytności połyskiwało czystą wodą, pod palmą daktylową, Leto powiła Apollina i Artemidę. Z tego powodu wyspa stała się odtąd główną siedzibą kultu obu tych bóstw i zyskała status „świętej”. Ateński tyran Pizystrat, któremu wówczas podlegała, kazał ekshumować zmarłych z tamtejszych grobów i pochować ich na sąsiedniej wyspie Renei. Uważał, że żaden śmiertelny nie powinien leżeć w ziemi, która zrodziła Apollina. Ateńczycy również uznali to miejsce za święte i odtąd nikt nie miał prawa ani urodzić się tam ani umrzeć. Kobiety przed połogiem oraz umierających wywożono na Reneję, wyspę oddzieloną półkilometrową cieśniną. Gdy ktoś umarł nagle i nieoczekiwanie, zginął na wskutek nieszczęśliwego wypadku lub zabójstwa, konieczne były rytuały oczyszczające.
Wyspę zdobył i zrównał z ziemią Menofanes, wódz Mitrydatesa, króla Pontu. Jej mieszkańcy zostali wymordowani, a nielicznych, którzy zdołali przeżyć, uprowadzono w niewolę. Kolejny cios zadali wyspie piraci pod wodzą Atenodorosa, również pozostającego na usługach Mitrydatesa. Tym razem wyspę złupiono doszczętnie. Nie pozostał na niej ani jeden człowiek. Przez pewien czas hulał tu tylko meltemi, silny wiatr północny, ocalałe budowle kruszały, jezioro Leto wyschło, drzewa i róże zdziczały i obumarły. Wyspa Przepiórek ożyła ponownie dopiero po zburzeniu przez Rzymian Koryntu. Wtedy stała się jednym z najważniejszych centr handlowych starożytności, kosmopolitycznym portem i największym rynkiem handlu niewolnikami. Według pewnych relacji sprzedawano ich tutaj do 10 tysięcy dziennie. Inną tutejszą specjalnością były słynne w antycznym świecie i bardzo drogie łoża biesiadne.
Podobno w starożytności zamieszkiwało ją ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Dziś nie mieszka tu nikt. Nie ma tu kawiarń, sklepów, straganów, dróg ani pojazdów. W miejscu, gdzie przed wiekami wrzało bujne życie, panował niewyobrażalny zgiełk i hałas, przewalały się tłumy pielgrzymów, żołnierzy, kupców i niewolników – panuje teraz cisza. Rano z Mykonos przypływają wodoloty, wysypują się z nich grupki skacowanych po nocnych hulankach turystów, którzy potem rozpraszają się wśród jej ruin i resztek murów, wśród okaleczonych rzeźb i niskich krzewów, ostrych niczym kolczaste zasieki. Wszyscy szukają cienia, którego tu nie ma. Nie ma go nawet na nadbrzeżu, skąd odpływają wodoloty. Nie ma też wody i żadnego miejsca, gdzie można byłoby ją kupić. Tylko płynne słońce spadające na głowy niczym połyskująca złotem lawa, jak tego dnia, gdy tam dotarliśmy. Trzy czy cztery godziny, przewidziane na zwiedzenie wyspy, wystarczą aż nadto. Wszyscy chcą z tej martwej wysepki wyjechać jak najszybciej. Rzadko kto, opuszczając ją, ogląda się za siebie. Delos. Nie czułem się na niej dobrze, także chciałem opuścić ją jak najszybciej. Może miejsce, gdzie nie masz prawa umrzeć nie jest też miejscem, gdzie możesz żyć?