Obserwowałem kiedyś grupę turystów w ruinach starożytnej świątyni. Z daleka czuło się ich rozdrażnienie i niecierpliwość. Snuli się leniwie i niemrawo między szczątkami powalonych kolumn, okaleczonych rzeźb, przysiadając na wypłowiałym w słońcu marmurze, marząc zapewne o wygodnych fotelach przy hotelowym basenie i tym wszystkim, co należało im się z racji wykupienia wczasów all inclusive. Ruiny tej imponującej świątyni nic im nie mówiły, nie słyszeli jej szeptów, pozostając ślepi i głusi, chociaż dookoła nich, w tym nagrzanym słońcem, rozedrganym powietrzu unosiła się i dźwięczała jedna z najwspanialszych opowieści tego świata. Nie można było tego nie słyszeć i nie wiedzieć. A jednak oni tego nie słyszeli i nie widzieli. Grupa koczkodanów lub pingwinów zachowywałaby się zapewne tak samo. Pomyślałem wówczas, że wiedza jest niczym innym jak jeszcze jednym zmysłem, jeszcze jednym sposobem kontaktowania się ze światem, jeszcze jedną formą dialogu z nim, jeszcze jedną parą oczu. Wiem, stara barthesowska idea doświadczania świata jako tekstu do odczytania, ale to prawda. Tak właśnie jest – świat nie rozmawia z głupcami. Dla głupców świat jest nudny. Głupcy są zawsze znudzeni i nie może być inaczej, bowiem ich świat nie snuje żadnych opowieści. Świat głupców jest ponurym i milczącym światem.