Kierkegaard

Jesteśmy niekwestionowanymi mistrzami w dorabianiu motywów do naszych czynów. W tej dyscyplinie żaden gatunek nie dorasta nam do pięt. Søren Kierkegaard. Wydarzenie z 1836 roku, gdy młody Sören prowadził jeszcze swobodne i hałaśliwe życie. W tym okresie uchodził nawet za Don Juana, co świetnie ilustruje karykatura Wilhelma Marstranda, przedstawiająca go jako uwodziciela. Niestety, pewnego listopadowego wieczora dał się namówić kolegom na wizytę w domu publicznym, co w tamtej epoce było zwyczajem praktykowanym powszechnie i entuzjastycznie. Wiemy, że wizyta ta nie trwała długo, a przyszły filozof umknął stamtąd w szalonym popłochu, żegnany sardonicznym śmiechem prostytutki. Nie znamy detali tego wydarzenia, ale łatwo możemy  odgadnąć ewentualną przyczynę jego popłochu. Minoderyjny, mocno egzaltowany, obarczony wizją vita ante acta, neurasteniczny młody człowiek z jednej strony, a z drugiej wulgarność lub też zwyczajna dosadność prostytutki, co zaowocowało problemami z potencją i złożyło się w efekcie na upokarzające przeżycie. W swoim Dzienniku Kierkegaard odnotował pod tą datą jedynie jęk: „Mój Boże, mój Boże”, ale w innej notatce, uczynionej zdaje się w kilka dni później, wspomina o „zwierzęcym chichocie”. W ten sposób, wcale nie wyjątkowy, pewna niefortunna wizyta w burdelu stała się, przy wydatnej pomocy hipokryzji, traumą na całe życie. Z czasem zaczął coraz bardziej stanowczo utrzymywać, że małżeństwo jest niczym innym jak potwierdzeniem miłości własnej, a pod koniec życia sformułował swój radykalny pogląd głosząc, że „chrześcijanin nie powinien być żonaty.”

Niefortunna wizyta w burdelu może mieć najdziwaczniejsze konsekwencje. Okazuje się, że może nawet zrodzić filozofa. Zaczynam podejrzewać, że to samo zdarzyło się w przypadku Spinozy, a jeszcze prawdopodobniej w przypadku Kanta, choć oni nie byli tak przesadnie ekshibicjonistyczni, by ujawniać to w swoich prywatnych zapiskach czy dziennikach. Faktem jest natomiast, że bardziej udany przebieg wizyty Kierkegaard w burdelu mógł oszczędzić wielu cierpień dzielnej Reginie Olsen, a nam mnóstwo czasu straconego przy kosmicznych bredniach „Albo-Albo”. Mielibyśmy oczywiście jednego filozofa mniej w naszej historii, ale możemy śmiało twierdzić, że nie byłaby to nadzwyczajnie wielka strata dla ludzkości.