Dziwne rzeczy dzieją się na świecie. Delegacja afrykańskich przywódców i przedstawicieli rządów przybyła na Ukrainę w piątek z misją pokojową mającą na celu przekonanie Ukrainy do rozpoczęcia dialogu z Rosją w celu zakończenia 16-miesięcznego konfliktu. Oprócz Ramaphosy w skład misji pokojowej siedmiu krajów wchodzą prezydent Komorów Azali Assoumani, prezydent Zambii Hakainde Hichilema i prezydent Senegalu Macky Sall. Prezydenci Egiptu, Republiki Konga i Ugandy ostrożnie wysłali tylko swoich przedstawicieli. Delegacja po wylądowaniu w Warszawie udała się pociągiem do Kijowa.
I do tego momentu wszystko jest mniej więcej normalnie i tak, jak powinno być. Delegacji towarzyszył jednak osobny samolot, Airbus A340-300, pasażerski samolot czterosilnikowy ultra-dalekiego zasięgu (13 700 km), a w nim 100-osobowa (sic!) ochrona prezydenta, kilku dziennikarzy oraz żołnierze i członkowie oddziałów specjalnych plus ich wyposażenie w postaci kilkunastu kontenerów wypełnionych bronią. Prawdopodobnie to było powodem dla którego władze Włoch nawet nie wpuściły tego samolotu do swej przestrzeni powietrznej. Samolot i ochrona – zakładając, że była to ochrona – zostali również zatrzymani na lotnisku w Warszawie, bowiem okazało się, że ich poważny arsenał zbrojeniowy nie został nawet zadeklarowany. Innymi słowy, przewozili go nielegalnie. Polskie MSZ wyjaśniło, że na pokładzie maszyny znajdowały się „materiały niebezpieczne, na których wwóz przedstawiciele RPA nie mieli pozwolenia”. Ujawniono ponadto, że na pokładzie samolotu znajdowały się osoby, które nie zostały wcześniej notyfikowane stronie polskiej.
Kto więc jest na pokładzie tego samolotu? 100 osobowa ochrona prezydenta, która nie dopilnowała zwykłych i standardowych formalności koniecznych przy tego typu aranżacjach? Grupa obcych wojsk specjalnych w drodze do Kijowa w misji, która nie wypaliła z powodu ignorancji lub przeoczenia? A może południowoafrykański specnaz, wyszkolony przez wagnerowców na prośbę dawnych przyjaciół z Moskwy? Co miała robić w stolicy Ukrainy setka po zęby uzbrojonych ludzi? I dlaczego samolot leciał przez Warszawę, skoro zasięgu spokojnie wystarczyłoby mu do Kijowa? A jeżeli nie samolotem, to w jaki sposób ta setka uzbrojonych ludzi miała w miarę dyskretnie przedostać się do Kijowa? Wyobrażam sobie, jak niesłychanie czujna ukraińska straż graniczna zareagowałaby na widok tłumu uzbrojonych po zęby ochroniarzy, którzy chcieliby wjechać do ich kraju. Może dobrze dla tych czarnych wojowników z prezydenckiej „ochrony”, że zatrzymano ich w Warszawie, bo nie podejrzewam, że z Ukrainy zdołaliby wrócić żywi. Tymczasem powracający z ukraińskiej stolicy Ramaphosa znalazł się znów w Polsce i dzisiaj ma wylecieć do Petersburga na spotkanie z Putinem. Czy zabierze ze sobą swą „ochronę” i 12 kontenerów jej broni? Pewne jest tylko to, że ci, którzy znajdują się na pokładzie tego „ochraniarskiego” samolotu, nie są w żadnym razie personelem dyplomatycznym. Jeszcze jedna brudna sztuczka Rosjan i ich afrykańskich przyjaciół?