Zauważam, że ostatnio mam więcej przyjaciół wśród zmarłych niż wśród żywych. Jednym z nich jest Teognis, grecki poeta liryczny z szóstego wieku przed naszą erą. Pochodził z Megary, miejscowości położonej zaledwie czterdzieści kilometrów od Aten, z trzech stron otoczonej górami, a z czwartej zamkniętej morzem, którą wielokrotnie mijaliśmy zdążając do Koryntu lub do Mani i zawsze było nam nie po drodze, by zjechać z autostrady i zatrzymać się tam choćby na kilka godzin. Teognis żył w ciekawym okresie – właśnie następowało w Grecji przejście od tyranii do demokracji. Jego poezja nie jest wysublimowana. To proste, wyważone strofy, przypominające sentencje siedmiu mędrców, przetrwało ich niewiele. Równie mało wiem o jego życiu, ale z nielicznych zachowanych fragmentów jego twórczości mogę wnioskować, że tak jak ja, jak wielu z nas, żyjących obecnie, nie wierzył w życie pozagrobowe i tak samo szlachetnie i bezgranicznie naiwnie oburzał go fakt, że w pojedynku sprawiedliwości z niesprawiedliwością tak często wygrywa ta druga. Tylko tyle, ale czyż prawdziwa przyjaźń wymaga czegoś więcej?