Pierwszy raz zobaczyłem morze mając siedem lat. Było szare, sine, groźne i zlewało się na horyzoncie z ciężkimi chmurami, zaczepionymi nisko nad wodą. Miało to miejsce gdzieś na Łotwie. Prawdopodobnie w Jurmali, niedaleko Rygi. Musiała to być późna jesień, bowiem byliśmy – mój ojciec i ja – ubrani ciepło, a na rozległej, piaszczystej plaży ciągnącej się bez końca nie było nikogo. Znaleźliśmy wielką, martwą rybą, którą morze niestrudzenie zlizywało z piasku, a potem znów wyrzucało na brzeg. Zapamiętałem, że miała tylko jedno oko, duże i czarne. Zgaduję, że był to listopad 1958 roku, bo w kilka tygodni potem w ramach repatriacji wyjeżdżaliśmy do Polski. Dla mego ojca mógł to być rodzaj podróży sentymentalnej – mam powody by tak sądzić – a dla mnie stało się to ekscytującym odkryciem, że na świecie istnieją morza, wielkie ryby i miasta. Do siódmego roku życia nic o tym nie wiedziałem.