W jednym z wcześniejszych wpisów na tym blogu wspomniałem o tym, że po Akropolu trzeba chodzić ostrożnie, bo jest ślisko, że miliony ludzkich stóp wyszlifowały tam każdy kamień i kamienie te mają szlif niemal idealny. Podobnie jak wszyscy turyści nigdy nie zadałem sobie pytania, czy w czasach Peryklesa wyglądało to tak samo. Przyjąłem to za oczywiste. Czy mogło to wyglądać inaczej zresztą? Skała jest skałą. Błąd. Dopiero niedawno, przy lekturze „Partenon”, znakomitej pracy Mary Beard, odkryłem, że było całkiem inaczej. Mary Beard pisze, że obecny wygląd wzgórza to w dużej mierze skutek kampanii oczyszczania i wykopalisk: Dziś turysta zobaczy to, co surowi dziewiętnastowieczni archeologowie postanowili zostawić; jedynie garść zabytków o niekwestionowanym rodowodzie sięgającym V wieku p.n.e., stojących w dumnym (czy też przykrym) osamotnieniu, tak odartych z późniejszej historii, jak to tylko było możliwe. Pomiędzy nimi – naga skała. Wielu turystów wyobraża sobie, że tak wyglądało wzgórze w starożytności. Nic podobnego – dawni Grecy roztropnie chodzili po nawierzchni ze starannie ubitej ziemi.