Szwecja zalicza się do krajów, które – poza Stanami Zjednoczonymi – mają największą ilość ludzi posiadających tatuaże. Nie wiadomo z czego to wynika, nie ma jednoznacznej odpowiedzi, choć nie brakuje już lektury na ten temat. Motywami najczęściej wymienianymi w literaturze zajmującej się tym problemem są ekspresja własnej indywidualności (cokolwiek przez to rozumieć), tak zwana przynależność grupowa oraz wartości estetyczne, mimo że zdecydowana większość tatuaży nie posiada szczególnych wartości estetycznych, przypominając raczej prymitywne minigraffiti w odpustowym stylu, semazjograficzne znaki syberyjskiego plemienia Jukagirów albo pismo typu rongo-rongo rodem z Wysp Wielkanocnych. Jakkolwiek by nie było nie ulega wątpliwości, że ludzie fundujący sobie tatuaże pragną „być inni”, chcą wyróżniać się, chcą podkreślać swoją odrębność, eksponować swoją indywidualność. Nie ma w tym nic nowatorskiego. Niezalenie od epoki i typu społeczeństwa ludzie zawsze dbali o swój zewnętrzny wizerunek, bowiem stanowił on ważny komunikat o ich statusie społecznym. Obecnie o statusie mówi niewiele, ale w społeczeństwie, które wymaga perfekcji wysiłki, aby zwiększyć swoją atrakcyjność, są czymś oczywistym. Tatuowanie ciała jest więc bez wątpienia działaniem mającym na celu poprawę swojego wyglądu, choć w bardziej subiektywnym wymiarze. Nawet jeżeli trudno wymienić główną przyczynę tatuowania ciała, to czemuś jednak musi to służyć, tak samo jak każdy inny sposób przyozdobienia naszej fizjonomii. Czy makijaż uprawiany przez kobiety nie służy do niczego? Służy. Ma wywoływać zachwyt, ma wyróżniać, ma prowokować podziw. Tatuaże również, jako wizualna manifestacja indywidualności, chcą ogniskować naszą uwagę i prowokować nasz poklask i adorację. Problem tylko w tym, że gdy tatuaż staje się tak powszechny, jak to ma miejsce w Szwecji, wówczas nikogo już nie wyróżnia, a powielany w nieskończoność z wciąż tych samych szablonów – nikogo też nie zachwyca. Oryginalność i wyjątkowość nigdy nie idą w parze z umasowieniem.