O ateńskiej demokracji

Przewrotność ateńskiej demokracji. Ateńczycy dumnie podkreślali, że są ludźmi wolnymi, że nie mają nad sobą żadnej władzy, a przynajmniej takiej, którą można byłoby określić słowem „państwo”. Skromnie przemilczali jednak, że sami byli „państwem” i przychodziło im płacić za to wysoką cenę. Sytuacja w której wszyscy i każdy z osobna bierze na siebie rolę „państwa” sprawia, że państwo staje się priorytetem absolutnym, bożkiem, który nie dopuszcza żadnego innego kultu. W praktyce oznaczało to więc kolektywizm w stężeniu tak wysokim, że dzisiaj bez wahania uznalibyśmy go za toksyczny czy wręcz zabójczy.

Ateńska demokracja pętała obywatela setkami obowiązków, totalnie podporządkowując sobie jego życie: musiał brać udział w zgromadzeniach w demosie, w fyle czy fratrii; podejmować decyzje w sprawach religijnych, politycznych, inwestycyjnych, handlowych, budowlanych i dziesiątkach innych; uczestniczyć w dyskusjach i pertraktacjach dotyczących różnych traktatów i sojuszy; partycypować w sprawach dotyczących kontroli wydatków i podatków, wprowadzaniu nowych lub zmiany starych ustaw, praw i przepisów; angażować się w wybory zwierzchników politycznych i wojskowych i niekończące się spory w kwestiach wojny lub pokoju; udzielać się na zgromadzeniach ludowych, które odbywały się trzy razy w tygodniu, trwały od rana do późnych godzin wieczornych, z obowiązkową obecnością i przymusem wysłuchiwania wszystkich, nawet najgłupszych przemówień; każdy obywatel też, gdy przyszła jego kolej, zobowiązany był spełniać funkcje urzędnika w swej fratrii lub demosie i każdy, przeciętnie co drugi rok, bywał też sędzią i co najmniej dwa razy w życiu zostawał senatorem, a wtedy już uczestniczył w zebraniach dzień w dzień, słuchając raportów urzędów, uchwalając kolejne odprawy, instrukcje, badając i przygotowując wnioski na zgromadzenie ludowe; mógł też zostać wybrany archontem i strategiem, i wówczas do zwykłych obowiązków dochodziła również odpowiedzialność. W takiej sytuacji niewiele pozostawało miejsca na życie prywatne i osobiste zajęcia. Już Arystoteles nie bez ironii zauważył, że człowiek który musiał zarabiać na życie, nie ma żadnych możliwości, by być obywatelem. Po prostu nie było go stać na to.

Nic dziwnego, że wielu ludzi odmawiało świadczenia usług dla demokracji. Określano ich terminem idiotai, w opozycji do „szlachetniej” brzmiącego słowa polites, czyli poprawnego, politycznie zaangażowanego członka społeczeństwa. Za zdeklarowanych idiotai uważano w tamtym okresie cyników oraz epikurejczyków – Epikur otwarcie głosił, że życie publiczne jest największą przeszkodą w osiągnięciu wewnętrznego spokoju, co w ówczesnej rzeczywistości było szalenie niepoprawne politycznie, jeśli wyrazić to współczesnym określeniem. Jego wystąpienia w Mytilenie, w jego rodzinnym Lesbos, spowodowały nawet zamieszki, przez co musiał opuścić i miasto i wyspę.  

Ideałem Greków była wolność, ale pojmowali ją zdecydowanie inaczej niż my. My dzisiaj uważamy się za wolnych tym bardziej, im bardziej możemy ignorować państwo czy aparat państwowy i spokojnie uprawiać nasze prywatne życie. Scedowaliśmy naszą wolność na państwo, by w sposób niczym nie ograniczony zajmować się naszym życiem – buntujemy się dopiero wtedy, gdy czujemy, że przywilej ten jest zagrożony. Żyjemy więc życiem o którym obywatel klasycznej greckiej polis nie mógł nawet marzyć, bowiem jego egzystencja była bez mała we wszystkich przejawach podporządkowana państwu i współobywatelom. Wychwalając i podziwiając grecką demokrację, co często czynimy, dobrze byłoby pamiętać, że Sokratesa nie zamordowała tyrania – zamordowała go demokracja. Cykuta dla nieprawomyślnych jest jej wynalazkiem.