Aksjomat prof. Bralczyka

Mój znajomy ma przyjaciela. Wyprowadza swego przyjaciela na spacer co najmniej trzy razy dziennie i wtedy jego przyjaciel obsikuje większość napotkanych na drodze drzew i murów tudzież załatwia inne potrzeby naturalne. Mój znajomy skrzętnie usuwa te „potrzeby”, bo – jak mawia – nie można przecież pozwolić na to, by ludzie poruszający się tymi samymi ścieżkami „brodzili w odchodach”. Mój znajomy obsługuje swego przyjaciela jak sumienny służący i ostatnio jest do żywego oburzony słowami profesora Bralczyka, który sugeruje, że jego przyjaciel nie umrze lecz zdechnie, gdy zakończy swój żywot.

Ja też mam przyjaciela. Jest to człowiek, którego znam od wielu lat i wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. Spotykamy się czasem, idziemy wtedy na piwo czy kieliszek czegoś mocniejszego, rozmawiamy o polityce lub kobietach, choć ostatnio – pewnie ze względu na wiek – częściej o chorobach niż o kobietach. Mój przyjaciel nie obsikuje drzew ani murów i nie załatwia się na ścieżkach spacerowych, nie muszę go też obsługiwać ani niczego po nim usuwać.

Konia z rzędem temu, kto zgadnie w którym przypadku jest mowa o przyjaźni.