Myszy i ludzie

W polskiej prasie nie milknie dyskusja wywołana słowami prof. Bralczyka, który wskazał na pewną prawidłowość w naszym języku, prawidłowość polegającą na czysto leksykalnym rozróżnieniu między śmiercią człowieka a śmiercią zwierzęcia. Jest to specyfika naszego języka, i nie tylko naszego, bo we wszystkich językach słowiańskich, w ich barwnym i przebogatym słownictwie, niemal na każdą czynność, a więc o tę o której mowa, bez trudu można znaleźć przynajmniej kilka czasowników. 

Ale pełne oburzenia reakcje oponentów prof. Bralczyka podpowiadają, że w istocie wcale nie chodzi o sprawy języka. Chodzi raczej o to, że „posiadacze” zwierząt czują się spostponowani, niemile dotknięci per procura, czyli w imieniu swoich domowych (i nie tylko domowych) pupili. Maniera uczłowieczania zwierząt, widoczna w produkcji filmowej, w literaturze dla dzieci, w bajkach i opowiastkach, pilnie upowszechniana przez kulturę masową, wchodzi w kolejną fazę, a żądania, by najrozmaitszym kotkom i pieskom przyznawać prawa przynależne ludziom, są tego dobitnym przykładem. Należy spodziewać się, że wkrótce pojawi się też propozycja, by przyznać zwierzętom ich własną Powszechną Deklarację Praw. Można zastanawiać się nad genezą tego zjawiska, gdyby nie było ono aż tak oczywiste. Nie chodzi tu przecież o pogardę dla zwierząt, lecz o zanegowanie naszej ludzkiej wyjątkowości. Równanie jest proste:  jeżeli nie jesteśmy niczym wyjątkowym, to na jakiej podstawie pewne przywileje rezerwujemy wyłącznie dla siebie? Psy nie piszą powieści, nie konstruują rakiet kosmicznych i nie komponują symfonii, ale skoro istnieją, to są nam równe i w żadnym razie nie można odmawiać im szacunku, którego nie odmawiamy sobie. Solidarność ma dotyczyć nie tylko naszego gatunku, lecz wszystkich istot żywych, nawet jeżeli te istoty nie będą okazywać żadnej solidarności z nami. I tak się już dzieje. Coraz częściej i z coraz większą obojętnością przechodzimy wobec nieszczęść innych ludzi, ale za to nieszczęścia zwierząt poruszają nas do żywego. Człowiek leżący na chodniku nigdy nie jest w stanie rozbudzić tylu i tak gwałtownych emocji jak leżący na ulicy pies. Człowieka omijamy z daleka, podczas gdy wokół leżącego psa natychmiast zbiera się gromada troskliwie pochylonych nad nim ludzi.

Blaise Pascal twierdził, że aby przystawać ze zwierzętami, trzeba się ogłupić. Obawiam się, że mógł mieć rację. W ciągu ostatnich dziesięcioleci zdołaliśmy ogłupić się nadzwyczaj skutecznie i dalej podążamy w tym kierunku z podziwu godną konsekwencją.