W ubiegłym roku wnuk wybitnego historyka filozofii, Władysława Tatarkiewicza, skierował do sądu sprawę przeciwko wydawnictwu Czarne i Monice Sznajderman-Pasierskiej, autorce wydanej przez to wydawnictwo książce Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna. Monika Sznajderman-Pasierska miała za złe prof. Tatarkiewiczowi, że w opublikowanych przez niego wspomnieniach nie ma ani słowa o Żydach, że Żydzi w nich w ogóle nie istnieją, co – jej zdaniem – jest ewidentnym przejawem obojętności wobec ich losu oraz przejawem „symbolicznego mordu, jeszcze zanim zdążyli zamordować ich naziści”.
We wspomnieniach W. Tatarkiewicza nie ma również najmniejszej wzmianki o Papuasach ani o Aborygenach, ani słowa o Mongołach i Kałmukach, ani o dziesiątkach innych nacji, bo – o ile mi wiadomo – były to jego wspomnienia, a każdy z nas, a więc i prof. Tatarkiewicz, ma prawo wspominać to, co chce wspominać. Zdumiewające jest nie to, że prof. Tatarkiewicz nie nadmienił nic o Żydach w swoich wspomnieniach, lecz to, że istnieje ktoś, kto ma czelność żądać, abyśmy w naszych wspomnieniach pisali o kimś, kto jemu wydaje się być ważny lub o czymś, co on uznaje za ważne – o czym Monika Sznajderman-Pasierska, podobno doktor antropologii kulturowej, powinna zdaje się coś wiedzieć. Choćby ze słyszenia.