J. Tuwim opublikował 27 października 1929 roku wiersz „Do prostego człowieka”, wiersz mocny, obrazoburczy, w stylu Jacka Kaczmarskiego, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Był to na pewno dobry wiersz, ale pamięć nawały sowieckich hord i bitwy warszawskiej wciąż jeszcze była bardzo żywa w polskim społeczeństwie i nic więc dziwnego, że Tuwim spotkał się z ostrym atakiem, i nie tylko ze strony prasy prawicowej. Publikacja tego wiersza była w ówczesnej sytuacji czymś skrajnie lekkomyślnym i nieodpowiedzialnym, żenującą manifestacją próżności. A. Iwaszkiewiczowa komentuje to następująco: Tuwim to prosta dusza, biedny strachliwy Żydek, na którego nie wiedzieć jak spadł ten boski dar wielkiego talentu i tym darem powinien jedynie cieszyć się i w nim życie zamknąć. Co mu do głowy strzeliło politykować! Jego ostatni tom „Rzecz czarnoleska” to najczystsza poezja, drogocenny zdrój poezji. Tylko tym może i powinien być – poetą lirycznym.
Niestety, w dalszych i późniejszych wspomnieniach A. Iwaszkiewiczowej nie ma ani słowa o Tuwimie. Szkoda, bo poeta, który przed wojną przymilał się do sanacyjnych dygnitarzy, po wojnie, nota bene spędzonej wygodnie w Nowym Jorku, nazywał ich polskimi faszystami i lokajami Hitlera i szybko przeobraził się w zażartego komunistycznego propagandzistę, który wyrażał podziw i uznanie dla stalinowskiego oprawcy Różańskiego, którego cieszyło istnienie cenzury oraz likwidacje „nikczemnych reakcyjnych szubrawców”. Szkoda, że nie wspomina o Tuwimie z okresu powojennego, o tej prostej duszy, tym strachliwym Żydku, bo zapewne niejednokrotnie spotykali się przecież (mąż Anny, Jarosław Iwaszkiewicz, został prezesem polskiego Związku Literatów już w 1945 roku) na tych samych komunistycznych akademiach i rautach.