Prastara kwestia

A. Iwaszkiewiczowa „Dzienniki i wspomnienia”. Anna Iwaszkiewiczowa niemal od dziecka obracała się w kręgu artystów, dom jej i jej męża, Jarosława Iwaszkiewicza, gościł setki poetów, pisarzy, muzyków, i to najwybitniejszych. Ona sama pisała niewiele, głównie eseje, zajmując się przede wszystkim tłumaczeniami z literatury francuskiej i anglojęzycznej, choć do pisania tęskniła i wciąż powracała. Mogła natomiast obserwować świat sztuki, przyglądać się temu z bliska i dokładnie. W Dziennikach zabiera też głos w prastarej kwestii na temat twórczości kobiet. Pisze z przekonaniem, że nawet kobieta utalentowana „nie jest, nie może być nigdy twórcą w najszerszym, prawdziwie wielkim tego słowa znaczeniu. Nie może zdobyć się na to twórcze spojrzenie, na tę wizję pozaziemską, która tworzy takie rzeczy jak Król Duch, jak Dziady. Kobieta może intuicyjnie w stanach głęboko religijnych dosięgnąć tego świata, może w nim żyć wewnętrznie, ale nie może tym przeżyciom nadać formy. Tej dziedziny w twórczości kobiecej nie spotykamy nigdy (z wyjątkiem świętych, np. św. Teresy). Jakiegoś odbicia wszechświata, poruszania zagadnień najistotniejszych w twórczości kobiet nie znajdujemy. Jedyne uczucie „wieczne”, które odtworzyć mogą, to miłość, ale i tak to nie będzie tym kosmicznym wyrazem miłości, jakim jest np. Tristan i Izolda.

A. Iwaszkiewiczowa nie uznaje też wyjaśnienia, który i dziś jeszcze pokutuje w dyskusjach na ten temat, że wszystkiemu winne jest wychowanie. Według niej jest to nieprawdziwe i bzdurne, bo „gdyby kobieta z natury swojej była inna, była inteligencją, polotem, siłą zewnętrzną równa mężczyźnie, to żadnemu „wychowaniu” tego rodzaju nie poddałaby się.

Pisała te słowa dawno temu, bo przed 97 laty, w roku 1927, ale czas przyznaje jej rację. O ile w jej epoce można było jeszcze powoływać się na „ograniczenia w wychowaniu”, to dzisiaj brzmi to już co najmniej infantylnie. Wychowanie nie okalecza i nie ogranicza już kobiet, księgarnie są dosłownie zasypane żeńską produkcją, w witrynach walają się dziesiątki ich mniej czy bardziej poronionych literackich płodów, naiwnych i żałosnych romansów, harlekinów lub wyzywających, a niekiedy wręcz wulgarnych wynurzeń à la kobiecy Henry Miller, stosy tego, co Sandor Màrai trafnie nazywał masą spadkową po intelekcie, kobiety są premiowane i wydawane, a mimo tego prawdziwego kobiecego dzieła jak nie było tak nie ma i – jeżeli diagnoza A. Iwaszkiewiczowej jest słuszna, a sądzę, że jest – raczej nie powinniśmy się tego spodziewać i stwierdzenie to, wbrew pozorom, nie jest wyrazem męskiego szowinizmu czy pogardy. Mimo zapewnień aktualnej propagandy nie jesteśmy sobie równi i nie jest to ani właściwe słowo ani właściwa kategoria, których należałoby w tym kontekście używać. Nie jesteśmy sobie równi. Jesteśmy inni. Każdy z nas jest inny. Kobiety są inne. Kobiety potrafią rzeczy, których nie potrafi nikt inny i których nikt inny nigdy nie dokona.