Wolność i inne

Każdy pospolity akt morderstwa ma zawsze dwie ofiary. Po pierwsze jest nią pokrzywdzony człowiek, po drugie majestat państwa. Morderstwo jest także wyzwaniem rzuconym państwu, wyzwaniem wobec jego władzy w zakresie kontrolowania naszych zachowań. To państwo decyduje, czy należy ścigać przestępcę i to ono rezerwuje sobie prawo określania wymiaru kary. W naszym świecie każdy akt przestępstwa czyni państwo stroną poszkodowaną, ale nie zawsze tak było.

Kodeks Hammurabiego, pierwsza w dziejach próba kodyfikacji zasad życia społecznego, nie zawierał jeszcze praw dotyczących morderstw sensu stricto, skupiając się przede wszystkim na kwestiach własności. Nie inaczej było we wczesnym okresie w Rzymie. I tam zwyczajowo uznawano, że ofiarą pojedynczej zbrodni jest wyłącznie jednostka – morderstwo uchodziło za sprawę prywatną. Przed cesarzem Hadrianem, a dokładniej przed jego reskryptem w sprawie koncepcji usiłowania zabójstwa, państwo rzymskie nie uważało, że doznaje krzywdy lub że jego władza jest kwestionowana w przypadku, gdy mąż zabijał żonę lub sąsiada. To były sprawy osobiste, państwo w to nie ingerowało.

Czy było to rozwiązanie korzystniejsze, gdy mamy na myśli zakres naszej wolności? Być może, ale nie ma ucieczki od cywilizacyjnych sukcesów, bez względu na ich rzeczywistą wartość, a to jest właśnie taki przypadek. Interesujące w tej perspektywie jest jedynie to, że w państwach współczesnych, które nad wyraz chętnie roztaczają nad nami opiekę, znajdujemy coraz mniej tego, co określamy słowem „osobiste”. Rozwój społeczny polega na wyprzedaży indywidualnej wolności. Sprzedawaliśmy niegdyś i wciąż sprzedajemy naszą trudną wolność. Sprzedajemy ją z wielu powodów, choć najczęściej za bezpieczeństwo, przeważnie złudne i pozorne. Możemy jedynie pocieszać się myślą, że i tak wszystko odbywa się poza naszym wyborem.