Nie brakuje w naszych dziejach wspaniałych postaci, ludzi, którzy wiedzieli kim są i skąd pochodzą. Dzisiaj, w smutnych czasach tusków i karłów, chciałbym przypomnieć jednego z prawdziwie wielkich Polaków, Artura Rubinsteina.
Ten słynny muzyk, którego koncert miał uświetnić konferencję założycielską ONZ w San Francisco w 1945 roku dostrzegł w pewnym momencie, że wśród wielu flag, które miały reprezentować państwa członkowskie, brakuje polskiej biało-czerwonej flagi. Polska należała do koalicji antyhitlerowskiej, była ofiarą nazistowskich Niemiec, a jednak wśród przedstawicieli 50 państw zabrakło delegacji Rządu RP na uchodźstwie i polskiej flagi. Znamy powody, nic się nie zmieniło, ten sam syndrom obserwujemy także i dzisiaj. Artur Rubinstein nie przeszedł jednak nad tym do porządku, jak dzisiaj robi to wielu „naszych reprezentantów„, gotowych raczej szkalować swój kraj niż upominać się o jego prawa. Rozpoczął co prawda swój występ od hymnu Stanów Zjednoczonych, ale przerwał go po kilku taktach, wstał i gromko oświadczył: „Tutaj, w tej sali, chcecie urządzić szczęśliwą przyszłość świata. Brakuje mi chorągwi Polski, za którą walczyliście. Ja tego nie mogę tolerować. Ja wam zagram hymn Polski. I proszę wstać!”.
Powstali wszyscy, łącznie z sowieckim chamidłem Nikitą Chruszczowem, który był członkiem ruskiej delegacji. Wystąpienie Artura Rubinsteina spotkało się z burzą braw i entuzjazmem.