A woman is no longer a work of art

The woman is a work of art, gentlemen. W czasach, gdy dorastałem kobieta była bardziej dziełem sztuki, bardziej przynależała do kultury niż do natury i nie przypadkiem J. Michelet przyznawał jej zaszczytne miano „matki bogów i fantazji”. Na przestrzeni skromnych kilkudziesięciu lat mego życia dokonała się diametralna zmiana. Dzisiaj kobieta traktowana jest i, niestety, sama siebie – z niepojętym, samobójczym upodobaniem – traktuje wyłączne jako wytwór natury. Przestała być zjawiskiem, fenomenem, przestała być matką bogów i fantazji, stała się obiektem skończenie cielesnym, pospolitym produktem natury i niczym już nie różni się od pozostałych istot na tej planecie. Cała jej zagadkowość i tajemniczość, jej kulturowa aura, rozwiała się dziś niczym poranna mgła i prawie nie ma już po niej śladu. A woman is no longer a work of art, gentlemen. Nigdy już z jej powodu nie wypłynie w morze a thousand ships, nikt już nie będzie zdobywał dla niej dumnych miast i nikt nie będzie zakładanych dla niej miast nazywać jej imieniem. A jednak, jak śpiewał pewien gruziński bard imieniem Bułat, czegoś mi żal. Kobieta jako wytwór kultury to była jednak jakaś nadzieja.