Obrazy i róże

Złości mnie, gdy mówi się o antycznym malarstwie w kontekście pacykarstwa, które noszą mury i ściany Pompei czy Herkulanum. Nie są to dzieła prawdziwych twórców, lecz freski malarzy pokojowych, mniej czy bardziej zdolnych. To, co tam oglądamy, to jedynie rzemiosło. Antycznego malarstwa nie znamy. Nic o nim nie wiemy, nie przetrwało, bo przetrwać nie mogło. Malowidła z Pompei zachowały się dzięki szczególnym warunkom konserwującym, wykonano je bowiem na murze, a lawa Wezuwiusza zakonserwowała je na wieki. Prawdziwe malarstwo antyczne, nota bene w starożytnej Grecji bardziej cenione niż rzeźba, jest dla nas stracone na zawsze. Nic nie wiemy o dziełach Apollodorosa, Zeukisa, Parrasiusa czy słynnego Apellesa, o którym mówiono, że tworzone przez niego wizerunki tak doskonale oddawały charakter malowanych osób, że nazywano je niedyskretnymi.
Malarstwo to płótno i deska, zwłaszcza deska, bo drewno to jeden z najstarszych materiałów wykorzystywanych w malarstwie. Słynne portrety fajumskie powstawały na obrobionych deskach. Ale płótno i deska szybko ulegają destrukcji, trzeba wiele pracy, by utrzymać je we względnie dobrej kondycji. Bez wysiłków całej armii konserwatorów od dawna już nie mielibyśmy możliwości, by zachwycać się uśmiechem Mona Lisy. Obrazy są prawie równie kruche jak my i bez naszej pomocy żyją niewiele dłużej niż my. „Słoneczniki” van Gogha już dziś tracą kolor; są bardziej brązowe niż w 1888 roku, kiedy powstały. To samo dzieje się z obrazami Rembrandta czy Goyi. Fachowcy twierdzą, że około 70 proc. obrazów olejnych na świecie pokrytych jest bąbelkami, wżerami lub substancjami, które je rozkładają i niszczą. Obrazy, jak róże, umierają razem z nami.