Good guys

W literaturze czy filmach instynktownie bierzemy stronę „dobrych”. To im życzymy w duchu powodzenia, trzymamy za nich kciuki, identyfikujemy się z nimi czy – mówiąc kolokwialnie – to im kibicujemy w ich zmaganiach z rzeczywistością. Spostrzegam, że ostatnio czynię to coraz rzadziej i coraz mniej chętnie. Może jeszcze nie jestem całkowicie po stronie bad guys, ale przyznaję, że już niewiele mi do tego brakuje. Współcześni good guys, pozytywni bohaterowie, ci grzeczni, przemili chłopcy spod znaku deskorolki i hulajnogi są nijacy, żałośni, płaczliwi, obrzydliwie sentymentalni, bezpłciowi, niezdecydowani, ckliwi, nudni, tandetni, smętni i tak szmatławi, że ani uczuciowe ani intelektualne utożsamianie się z nimi nie jest niemożliwe – nie mają jaj. W filmach łzy leją strumieniami, i to z częstotliwością, której nie powstydziłyby się dziewiętnastowieczne pensjonarki, podjęcie najbardziej banalnej decyzji zajmuje im wieczność, a kiedy już to uczynią wreszcie, będą ją kwestionować od pierwszej chwili, podstawiając w ten sposób sobie nogę i prowokując własną porażkę. To faceci na widok których współczuje się kobietom.