Klawiatura

Od wielu, wielu lat piszę na komputerze. Moje pismo odręczne, łącznie z moim autografem, wypaczyło się od nieużywania i nie przypomina już nawet kurzej twórczości pazurem. Zdarza się często, że dziesiątków „genialnych” uwag, poczynionych pośpiesznie na jakiejś kartce, za nic w świecie nie jestem w stanie potem odczytać i przepadają na zawsze, ze szkodą głównie dla mnie, mniej dla tzw. ludzkości. Z klawiaturą zapoznałem się na maszynach, starych zacnych maszynach – pierwszą była szwedzka wojskowa, zielona Halda model 6, chyba z 1946 roku, z klawiszami zręcznie dostosowanymi do polskich liter, wysoka i sroga niczym pikielhauba Bismarcka, następnie przyszedł Łucznik, hałaśliwy jak telegrafy z epoki Morse’a, a ostatnią była elektryczna Olivetti, której plastykowa obudowa mogła śmiało konkurować z pudłem rezonansowym Stradivariusa. Klawiatura maszyn do pisania, nawet tych najlepszych, jest inna niż klawiatura komputerów – w klawisze trzeba uderzać z większą siłą, znacznie mocniej, nie da się tylko przebiegać po nich, muskając je delikatnie i pieszczotliwie, prawie miłośnie, jak to ma miejsce w przypadku klawiatury komputerów. Większość dzisiejszych sekretarek, wyposażonych w paznokcie przypominające przesadnie wypielęgnowane krogulcze szpony, nie miałaby najmniejszych szans, by na takiej klawiaturze wystukać w miarę poprawnie choćby jedno zdanie. Klawiatura maszyn do pisania wymagała siły i zdecydowania, to była walka, a w najlepszym razie bezpardonowe zapasy. Odgłosy tej walki roznosiły się po całym mieszkaniu, niekiedy słyszeli je nawet sąsiedzi. Zwłaszcza, gdy pisało się nocą. Ja pisałem głównie nocą. Mój syn jeszcze po wielu latach wypominał mi żartobliwie, że stukot maszyny do pisania był muzyką przy której zasypiał. Może to dziwne, ale twierdził, że nie przeszkadzało mu to, a wręcz przeciwnie – gdy zaczynałem rytmicznie stukać w klawisze, szybciej i spokojniej odpływał w sen. I zawsze następnego dnia znakomicie wiedział, kiedy pisało mi się dobrze, a kiedy nie miałem „natchnienia”.

Debiut nie na klawiaturze komputera, lecz na klawiaturze maszyn do pisania sprawił jednak, że do dzisiaj, mimo że mam delikatną klawiaturę typu logi przy moim komputerze, która nie wymaga ode mnie ani siły ani mocy, uderzam w nią tak, jakby to była klawiatura którejś z tamtych, starych maszyn i walczę z nią, jak kiedyś walczyłem z nimi, a ona, przerażona moimi atakami, chcąc mnie zadowolić, produkuje po kilka takich samych znaków i wtedy zamiast na przykład słowa „kocham” otrzymuję coś w rodzaju „kkkoochaammm”, w zależności od tego, jak usilnie próbowałem ją przekonać, by napisała to słowo poprawnie.