No i mamy kolejny moment z dziejowego nawiasu. W polityce znów wspaniały, silny, męski i męsko stanowczy Nikodem Dyzma. Może i dobrze, bo wszyscy już mamy dość niebinarnych i pojękujących queerów zasmradzających europejskie parlamenty, może i dobrze, że ktoś wreszcie nastraszy bezczelnie już rozhulanych liberałów, ale pytanie, ile my za to zapłacimy, jest mimo wszystko niepokojące. Po deklaracjach o zawłaszczeniu Grenlandią, aneksją Kanady, przemianowaniem Zatoki Meksykańskiej na Amerykańską czy przeistoczeniem strefy Gazy w śródziemnomorski kurort, etc. etc. pojawiła się ostatnio całkiem kretyńska decyzja, by odbyć telefoniczną rozmowę z Putinem. W ten oto prosty sposób prezydent Stanów Zjednoczonych „odkryminalizował” Putina, oficjalnie przecież ogłoszonego zbrodniarzem i przestępcą, z nakazem aresztowania, jeżeli tylko ośmieli się wystawić nos poza twierdzę Kreml. Tymczasem prezydent USA sam dzwoni do niego – bo jest zwykłą praktyką, że prezydenci dzwonią do zbrodniarzy – a po tej rozmowie, pytany o to, wyraża nawet myśl, że Putin też nie chce wojny, czyli sugeruje, że na Ukrainę napadli Marsjanie i to oni dzień po dniu równają z ziemią wsie i miasta tego kraju. Po następnej rozmowie, bo zapewne i taka wkrótce będzie miała miejsce, Trump ogłosi, że Putin jest gorliwym wyznawcą pokoju. Innymi słowy, dzień dobry szanowni mieszkańcy Europy! znów jesteśmy w Jałcie i wkrótce wszyscy będziemy cieszyć się z zawarcia kolejnego „jałtańskiego pokoju”, przez co należy rozumieć, że kilku sklerotyków sprzeda nas dokładnie tak, jak to uczynili (też nie pytając nas o zdanie!) w czasie II wojny światowej.
Tymczasem zwolennicy Nikodema Dyzmy triumfują, oczarowani bezczelnością swego idola, i sondują jak daleko mogą się posunąć, a przeciwnicy, dobrze wytresowani w zmianach skóry, przycichli i rozglądają się komu i za ile, a więc jak tu najkorzystniej nadstawić dolnych partii ciała, co umieją najlepiej. Ci pierwsi wydają się być zaskoczeni łatwością z jaką udaje im się odnosić kolejne sukcesy, a drudzy jeszcze nie do końca uwierzyli, że obecne polityczne wiatry nie będą już wiać w pożądaną przez nich stronę i łudzą się jeszcze, że za dzień czy dwa wszystko może wróci do „normy”, bo przecież zawsze wraca, czyż nie? Tymczasem przyjęli najlepiej przez nich wytrenowaną pozycję na „przeczekanie”.
Nie jestem zwolennikiem rozszalałego liberalizmu, podcinającego gałęź na której siedzi, nie jestem zwolennikiem zielonej energii, bo nikogo na tej planecie na taką energię po prostu nie stać, nie jestem zwolennikiem brania na siebie odpowiedzialności za cały świat, bo nic i nikogo do tego nie upoważnia, nie jestem zwolennikiem tęczowego zgłupienia, które domaga się ulg dla stada roszczeniowych baranów i nie jestem zwolennikiem przyjmowania islamskich odpadów na swoje utrzymanie i utrapienie, bo z tego nigdy i nic dobrego dla nas nie wynikło – vide: zamordowani twórcy naszej cywilizacji, Rzymianie. Nie jestem zwolennikiem świata, który pitrasił dla nas dotknięty demencją liberalizm, co już za kilka, najdalej kilkanaście lat musiałoby skończyć się niewyobrażalną katastrofą, ale jeszcze wciąż świetnie pamiętam, niestety, zakończenie powieści Dołęgi-Mostowicza i to nie nastraja mnie zbyt optymistycznie.