Jan Lechoń

Czytam Dzienniki Jana Lechonia. Dzisiaj prawie zapomniany, rzadko się o nim pisze, nie jest wznawiany, dzienniki pod redakcją Romana Lotha ukazały się jeszcze na początku lat 90-tych i od tamtej pory cisza, a przecież jest to ważna postać w naszej literaturze. Po II wojnie, w przeciwieństwie do wszelkiej maści „tuwimów”, którzy ochoczo przystali na współpracę z komunistami, pozostał na emigracji, ale żył Polską i uważnie obserwował wszystko, co dzieje się w kraju. W tomie pierwszym, w zapiskach z sierpnia 1950 roku notuje niemal z przerażeniem: Okropności z Polski w aktualnościach filmowych. Studenci, przyjemni, weseli chłopcy, tacy sami jak najlepsi żołnierze od Andersa, zakładają po chłopskich chałupach aparaty radiowe, aby wieś mogła słuchać Malika i komunikatorów z północnej Korei. Potem tłum z olbrzymimi plakatami, przedstawiającymi mordy Stalina, Bieruta i Mao, protestuje przeciw „napaści amerykańskiej” na Korei. Kilka twarzy skandujących: „Stalin” Stalin!” – wykrzywionych wariackim fanatyzmem. Co to będzie za parę lat, kiedy dorosną ci, co już w ogóle nie pamiętają prawdziwej Polski?

Jego obawy były więcej niż słuszne. Prawdziwą Polskę niszczono z bezwzględnością i zapamiętaniem pierwszych ikonoklastów. Nawet nasze pokolenie, pokolenie Solidarności, nie pamiętało już prawdziwej Polski, ale my chcieliśmy ją pamiętać. Domyślaliśmy się jej, odtwarzaliśmy ze strzępów, z niedomówień, z aluzji, z przemilczeń, z cudem ocalałych okruchów, odczytaliśmy ją jak z wielokrotnie ścieranego palimpsestu, często raczej zgadując niż mając pewność. Obecne pokolenie nie tylko już Polski nie pamięta, ale i nie chce pamiętać. W ostatnich wyborach to oni, głównie młodzi ludzie, „przyjemni, weseli chłopcy” głosowali na współczesnych, lewackich „wymazywaczy” naszej historii, naiwnie przekonani, że dzięki temu zostaną Europejczykami bez – według nich – uciążliwej potrzeby bycia Polakami. I tak oto pytanie, które 75 lat temu stawiał sobie Lechoń, jest znów tak samo aktualne – po nieznacznej modyfikacji. Smutne.