Ze wszystkich naszych sposobów mierzenia czasu najbardziej spektakularna jest klepsydra, dwa szklane stożki połączone wąskim kanalikiem, przez który – z góry w dół – przesypuje się wieczność. Gdy widzę te nieubłagalnie spadające okruchy piasku, mogę obserwować czas, upływający czas. Widzę jak ubywa go w górnym naczyniu, jak dopełnia się w dolnym. Nie widzę tego, gdy spoglądam na wskazówki zegarka, który noszę na przegubie ręki, nie widzę tego na zegarach ściennych, jeszcze mniej na zegarach kwantowych czy atomowych, które mierzą coś, czego ani świadomie ani fizycznie nigdy nie doświadczam. Te sposoby mierzenia czasu są zbyt abstrakcyjne, obce i nieswoje – nie żyjemy w zeptosekundach. Czas naszego życia jest równie wymierny jak ilość piasku w klepsydrze, przesypująca się w niej nicość, unaoczniająca przemijanie. Klepsydra jest może nie tyle nawet sposobem mierzenia czasu, co metaforą, trafną aluzją do czegoś, co zawsze przeczuwaliśmy. Jest to jedna z najpiękniejszych metafor, jakie kiedykolwiek udało nam się stworzyć. W pradawnych czasach zamiast piasku używano wody, stąd jej nazwa. Łacińskie słowo clepsydra pochodzi z greki: greckie słowo κλεψύδρα (klepsydra) to kombinacja dwóch słów: czasownika κλέπτω (klepto) „wymykać się ukradkiem, kraść” i rzeczownika ὕδωρ (woda). Nasz język wiernie to przechował: czas płynie jak woda. I aktualizacja: czas przesypuje się jak piasek między palcami.