Kto jeszcze czyta gazety, kto gromadzi wielotomowe encyklopedie, kto jeszcze korzysta z tych archaicznych, a więc i czasochłonnych sposobów zdobywania informacji o świecie? Dzisiaj świat przychodzi do nas sam, dociera nie proszony, wlewa się w nasze życie dziesiątkami różnych kanałów, czyni to coraz zuchwalej i coraz bezczelniej. I nie bronimy się już przed tą inwazją. Przeciwnie, hojnie udostępniamy jej nasze życie. Konsumujemy niewiarygodne ilości informacji, połykamy je, czekamy na nie z utęsknieniem, wyglądamy ich z niecierpliwością, bezustannie sprawdzamy pocztę na naszych telefonach, wysyłamy i otrzymujemy coraz więcej e-maili, nawet po ulicach, niebaczni na ruch drogowy i innych przechodniów, chodzimy z nosem w Facebooku, Instagramie, YouTubie, WhatsAppie czy Tiktoku. Pragniemy być na bieżąco ze wszystkim, ze wszystkim, co wydarzyło się tu, tam i gdziekolwiek. Chcemy wiedzieć nie tylko o tym, co dzieje się wokół nas, ale i o tym, co dzieje się w innych miastach i wsiach, innych krajach, na innych kontynentach, w powietrzu i na morzu, w każdym zakątku świata, nawet w kosmosie. Coraz szerzej otwieramy drzwi na świat jakby nieświadomi, że w ten sposób zamykamy drzwi do samych siebie. Germanie wymyślili kiedyś określenie na taki stan: Neuigkeitssucht, „żądza nowin”, co definiowali jako „straszną ciekawość pchającą pewnych ludzi do czytania i słuchania nowości”. Neuigkeitssucht, ociężałe, toporne słowo, jak niemal wszystkie słowa w tym charczącym języku, ale wyjątkowo celne. Neuigkeitssucht, chorobliwa, nieopanowana żądza nowości, „straszna ciekawość”, narkotyczna potrzeba i przymus wstrzykiwania do swojej świadomości wszelkiej maści trucizn i śmieci.