I płynąc z trudem wzdłuż jej brzegów, przybyliśmy do pewnego miejsca, zwanego Dobre Porty, blisko którego było miasto Lasaia. Tak o Dobrych Portach wspomina św. Paweł przy opisie podróży do Rzymu, nazwa ta występuje też w Biblii. Miejscowość leży na południowym wybrzeżu Krety, dzisiaj nosi nazwę Kali Limenes. To tylko 20 kilometrów po zygzakowatych dróżkach od Faistos i tyleż samo od hippisowskiej Matali, gdzie zatrzymaliśmy się w hotelu, w którym wszystko – poczynając od pokojów i kończąc na obsłudze – wydawało się być żywcem przeniesione z lat 50-tych. A więc blisko, bardzo blisko, ale nie pojechaliśmy tam nigdy. Nie pojechaliśmy do Dobrych Portów i Lasai. Wybraliśmy wtedy Gortynę. Gdy tam dotarliśmy, południe tężało już w upale jak porcelana w garncarskim piecu, a cykady zachłystywały się w oszalałym fortissimo. Wydawało nam się, że nad ruinami amfiteatru krąży wielki, biały orzeł, a w cieniu prastarej oliwki siedzi dziewczyna podobna do Europy. M. mówiła, że to niebezpieczna pora, pora nimf.