Znakomity bajkopisarz duński H.C. Andersen, autor tak słynnych i wspaniałych baśni jak Księżniczka na ziarnku grochu, Calineczka, Mała Syrenka, Nowe szaty cesarza, Brzydkie kaczątko, Czerwone trzewiczki, Królowa Śniegu czy Dziewczynka z zapałkami, by wymienić tylko kilka z najbardziej znanych, w niedzielę 5 maja 1867 roku bawił w Paryżu i pod tą datą zanotował – expressis verbis – w swoim „Dzienniku”, że po obiedzie tego dnia męczyło go pożądanie, więc zdecydował się na wizytę w burdelu. Dalej opisuje, że jedna z pań z lupanaru była oblepiona pudrem, druga zwyczajna, trzecia – prawdziwa dama – porozmawiałem z nią, zapłaciłem 12 franków, i poszedłem sobie, nie grzesząc czynem, ale owszem, w myślach. Prosiła, żebym znów przyszedł, powiedziała, że jak na takiego pana jestem z pewnością dość niewinny. Po wyjściu z tego domu czułem się tak lekki i zadowolony. Wielu nazwałoby mnie szmatą, czy jestem tu szmatą? Wieczorem włóczyłem się po bulwarze i widziałem, jak w kawiarniach umalowane panny grają w karty, piją piwo i Chartreuse.
O ile można bez zastrzeżeń przyjąć, że pisarze w poszukiwaniu tematów i materiałów do baśni muszą zanurzyć się w nie jednym burdelu, o tyle trudniej przychodzi uwierzyć, że genialny bajkopisarz, wcale nie zamożny i bardzo liczący się z każdym groszem, obdarowuje damę z paryskiego przybytku uciech aż 12 frankami nie żądając żadnych świadczeń. Otóż, 12 franków stanowiło w owych czasach sumą dość znaczną – pracownik wiejski zarabiał od 20 do 30 franków miesięcznie. Jeżeli więc istotnie nasz zacny i szlachetny Andersen tak uczynił, to można zrozumieć dlaczego po opuszczeniu burdelu czuł się tak „lekki i zadowolony”. Czy nie wydaje się to jednak zbyt bajeczne?
Ps. Chartreuse to legendarny już francuski likier ziołowy, składający się ze 130 ziół, roślin i przypraw, którego receptura pozostaje do dziś strzeżoną tajemnicą mnichów z zakonu Kartuzów w klasztorze Grande Chartreuse. Istnieje w dwóch głównych wersjach: zielonej i żółtej.