Navigare necesse est, vivere non est necesse. Jako gatunek wędrowaliśmy zawsze, chociaż podróże nigdy nie były najbardziej ulubionym z naszych zajęć. Starożytni, jeżeli mogli, starali się unikać podróży, podejmowano je tylko w ostateczności, wcześniej sporządzając testament, bo podróżowanie było zajęciem wysoce niebezpiecznym, a do tego wprost niewyobrażalnie uciążliwym, wyczerpującym i zajmowało nie dnie czy tygodnie, lecz miesiące, a nawet lata. Lamartine, udając się w podróż do Ziemi Świętej, wynajmuje statek „Alcesta”. Chateaubriand jest zaopatrzony w listy polecające do najwyższych dostojników odwiedzanych krajów, ma zapewnioną eskortę i przewodników, a jeszcze i w naszym wieku, w roku 1906, gdy Wirginia Woolf, która wraz z siostrą postanawia udać się do Grecji, pisze w jakimś liście, że same przygotowania do tej wyprawy zabrały jej wiele miesięcy. Dyliżansy, kiepskie drogi, obskurne oberże i zajazdy, chybotliwe statki, niewygody, etc. Kiedyś ludzie przed podróżą prosili bogów o przychylność, a po powrocie z niej dziękowali, że dane im było szczęśliwie dotrzeć do domu. Podróż, choćby najkrótsza, nie była niczym oczywistym, niczym, co my dzisiaj kojarzymy z tym słowem – bilety lotnicze w Internecie, tak samo rezerwacja hoteli, taksówka do lotniska, restauracje i bary, pomoc i rozliczne usługi, wsiadamy, lecimy, potem wracamy, wszystko ściele się przed nami niczym czerwony dywan, bezpieczne jak tylko może być i absolutnie naturalne. Dzisiaj, jeżeli nie cierpimy na aerofobię, pokonywanie nawet sporych przestrzeni i odległości kończy się co wyżej jet-logiem i nikt już nie spisuje testamentu lecąc na Teneryfę czy Majorkę. Przecież z każdej podróży, choćby najdłuższej i najdalszej, bezpiecznie wrócimy do domu.
I zupełnie nie wiadomo, skąd po każdej podróży ten szczególny rodzaj zdziwienia, niemal zaskoczenia, że jednak i tym razem udało mi się z niej powrócić.