Pheia, miasto położone w zatoce Aghios Andreas, po północnej stronie przylądka Katakolon, była w czasach greckich i rzymskich portem Olimpii. Miasto zostało pochłonięta przez morze podczas trzęsienia ziemi w 6 roku naszej ery. To samo trzęsienie ziemi zniszczyło także świątynię Zeusa w Olimpii. W czasach homeryckich Pheię otaczały mury. W Odysei Homera Telemach dociera tu w powrotnej drodze do Itaki, po opuszczeniu Pylos, gdzie spotkał się z Nestorem w poszukiwaniu informacji o swoim ojcu. Była ważnym portem dla żeglugi na Morzu Jońskim i wypraw do greckich miast Dolnej Italii. W latach wojny peloponeskiej port i miasto stały się jednak sceną starć między wrogimi frakcjami, aż w końcu, tak samo jak pobliskie Kyllini, utraciła swoje mury w upokarzającym warunku narzuconym przez zwycięskich Lacedemończyków. W okresie bizantyjskim z resztek murów Phei wzniesiono zamek zwany Pontikokastro, potem zrekonstruowany i przemianowany na „Beau Voir” lub „Bel Vedere„.
W starożytności przez port Pheii przepływał bezustanny strumień ludzi i towarów, ale raz na cztery lata osiągał on swoje apogeum, a dokładniej działo się to latem roku olimpijskiego, gdy zbliżał się sezon igrzysk. Wtedy Pheię anektowały tłumy Greków, którzy przybywali do świętej ziemi z Grecji kontynentalnej i greckich kolonii z całego basenu Morza Śródziemnego, aby wziąć udział w święcie religijnym na cześć Zeusa w sanktuarium Olimpii. To stąd wędrowali potem dalej, pieszo, konno lub powozami, jak kogo było stać, do Olimpii, od której – jak określił to Strabon – dzieliła ich odległość 120 stadiów. Długość jednego stadionu według miary z Olimpii wynosiła około 192 metrów, ale 1 stadion posiadał różne wartości w różnych częściach Grecji. Obecnie portem, który przyjął dawne funkcje Phei, jest pobliski Katakolon i z niego dystans do Olimpii wynosi 33,7 km. Po starożytnej Phei na lądzie nie ma już śladu, spoczywa kilka metrów pod wodami morza, a i resztki frankońskich budowli, dwie skruszałe wieże, wzniesione niegdyś na miejscu antycznego miasta, są obecnie całkowicie zarośnięte krzewami, niedostępne i zapomniane.
A jednak Pheia wciąż żyje. Podobnie jak to miało miejsce w starożytności, tak i dziś dawne sanktuarium Zeusa co roku odwiedzają tysiące osób ze wszystkich zakątków globu, a główna ich fala przybywa do Olimpii niemal dokładnie tą samą drogą, co w starożytności, czyli drogą morską. Kiedyś można było tam dotrzeć również lądem – w starożytności rzeka Alfejos, dziś skarlała i porośnięta szuwarami, była bowiem żeglowna. Współczesną Pheią stało się Katakolo, port leżący po drugiej stronie tego samego przylądka, który przez pięć dni w tygodniu przyjmuje setki podróżnych, dostarczanych tu przez cruisery, olbrzymie statki wycieczkowe, które zacumowują przy nadbrzeżu o świcie, wypluwają ze swego wnętrza rzesze turystów, i odpływają po zachodzie słońca. Na tych współczesnych pielgrzymów oczekują na nadbrzeżu imponujące, wygodne, klimatyzowane autobusy, które zabiorą ich do Olimpii.
Nie sądzę, by wielu – jeżeli ktokolwiek z nich – zdaje sobie sprawę z tego, że podąża do tego świętego niegdyś terytorium śladami bardzo starożytnego szlaku, szlaku, który został wytyczony bez mała 2800 lat temu. Spotykaliśmy ich potem na małej, miejskiej plaży, skrytej za nadbrzeżem, gdy po powrocie z Olimpii, zmęczeni i spoceni, bo termometr wskazywał ponad 40 stopni, próbowali przed powrotem na pokład ochłodzić się w morzu. Myślę, że Pheia, choć leży na dnie morza, płytko, zaledwie na głębokości 5 metrów, w pewien sposób wciąż jest portem Olimpii.