Dzisiaj nie chodzi już o arcydzieło. Symbolem naszych czasów jest przebój, produkt jednorazowego użytku, celulozowa chusteczka higieniczna, którą wyrzucamy natychmiast po wytarciu nosa. W tej sytuacji ideałem musi więc być taki czytelnik, który nie poświęca zbyt wiele czasu na jedną i tę samą książkę. W kolejce czekają wciąż następne i następne, a i ich istnienie również nie powinno być dłuższe niż życie motyla bielinka. Mechanizmy rynkowe i promocyjne nie dopuszczają innych opcji. Książki stały się towarem, towarem jak coca-cola, dezodoranty, prezerwatywy czy tampony i nie przypadkiem sprzedaje się je w supersamach, upchnięte gdzieś między adidasami a homogenizowanym serkiem. Jej dawne sanktuaria, księgarnie, znikają z dnia na dzień i zapewne wkrótce podzielą los budek telefonicznych, portfeli czy pocztowych skrzynek. Chociaż więc w bibliotekach nie brakuje dobrych, a nawet znakomitych powieści, czytelnicy polują głównie na nowości. „Nigdy nie czytaj książki, która nie ma przynajmniej roku” – radził Ralph Emerson, amerykański pisarz i filozof tworzący w XIX wieku. Nieco od niego starszy angielski eseista William Hazlitt pisał, że nie może „pojąć namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki. Książka nieprzeczytana jest dla mnie pod każdym względem książką nową, niezależnie od tego, czy wydrukowana została wczoraj, czy też przed trzystu laty”. Można kontynuować te przykłady, gdyby nie to, że w tym miejscu nasuwa się wredne pytanie z gatunku konspiracyjnych: czy rzeczywiście jest to tylko konsekwencją swobodnej gry rynkowej, dostosowanej do obecnych możliwości i preferencji, czy być może czymś całkowicie innym, a mianowicie, perfekcyjnie zaplanowaną manipulacją?