Sprzedawca ze sklepiku z tytoniem miał rację. Mój hotel nie zdążył umknąć zbyt daleko. Znalazłem go bez trudu, chociaż teraz, obrócony o jakieś dwadzieścia, może trzydzieści stopni, wyglądał z tego kąta nieco inaczej i niewiele brakowało, a byłbym go przeoczył. Inna sprawa, że hotelowy budynek, poza nieznośnie koślawym neonem na dachu, którego litery wydają się imitować chińskie pismo trawiaste, niewiele różnił się od pozostałych domów na tej ulicy. Ale przyznaję, że ucieszył mnie jego widok, a jego pokraczna bryłowatość prawie mnie rozczuliła. Odczułem coś w rodzaju dumy i ulgi jednocześnie, trochę jak ktoś, kto odważył się dokonać czegoś, o czym już myślał, że jest to niewykonalne i niemożliwe. Było to tym przyjemniejsze, że wcześniej, w momencie, gdy odkryłem, że hotel zniknął, znajdowałem się, co tu ukrywać, na skraju paniki. Pierwsze kroki w hotelu skierowałem więc w stronę baru i zażyczyłem sobie zasłużonej premii w postaci podwójnego Bourbona. Smakował jak nigdy, smakował wyśmienicie. Sącząc go powoli pomyślałem, że w recepcji na pewno znajdę jakąś instrukcję, może jakiś folder opisujący te metamorfozy, coś, co przybyszom z innych stron pomaga w nawigacji po tym dziwnym mieście. Nie myliłem się. Recepcjonista, gibki i sprężysty niczym komandos z Delta Force, pachniał tanią, sportową wodą kolońską, ale był elokwentny i usłużny. Tak, naturalnie, mają, choć pożytek z tego prawie żaden – może jedynie numer telefonu, pod który należy dzwonić w razie kłopotów, by specjalna służba hotelowa mogła do ciebie dotrzeć i bezpiecznie dostarczyć na powrót do hotelu. Oczywiście, pod warunkiem, że zdołają odszukać delikwenta, co nie zawsze jest proste, bowiem niektórzy ludzie, przestraszeni i zdezorientowani, opisują swoje aktualne położenie tak nieprecyzyjnie czy zgoła błędnie, że odnalezienie ich zabiera dosłownie całą wieczność. Poza tym nie ma nic godnego uwagi w tym informatorze i chyba być nie może, bo właściwie nikt do końca nie zna tego fenomenu, nikt nie zdołał sensownie wyjaśnić na czym on polega czy rządzi się jakąś zasadą, czy jest w tym wszystkim jakiś wspólny mianownik, czy jest to zjawisko czysto fizyczne czy może tylko rodzaj naszych rojeń, skoro od dawna już wiadomo, że każdy z nas nieco inaczej postrzega i odbiera te przemiany. Wiemy tylko, że każdy musi nauczyć się żyć z tym na własny sposób, popełniając swoje własne błędy, czyniąc swoje własne odkrycia, padając, potykając się, klucząc i każdego dnia zaczynając wciąż od nowa. Nie, nie ma żadnego vademecum miasta, żadnego bedekera, żadnych map i niewiele pożytecznych wskazówek, chociaż niemal na każdym rogu ulicy można ujrzeć szyld reklamujący usługi jakiegoś znachora od miasta, jakiegoś miejskiego terapeuty czy innego astrologa. I ludzie nabierają się na to i potem jeszcze bardziej nie wiedzą, jak w tym mieście żyć.
– Ja, na przykład – powiedział – prawie nigdy nie mam z tym problemu. Natychmiast czuję, co się zmieniło, zaraz wiem, czy to drobna czy wielka zmiana, odbieram rozbieżności ledwo zauważalne gołym okiem, jakieś drzewo, które nie stoi w tym miejscu w którym stało, jakiś pomnik czy rzeźbę, które nieoczekiwanie pojawiają się na innym skwerze, to, co ludzie zwykle mijają obojętnie. Nie wiem, skąd to mam. Intuicja, instynkt, jakkolwiek to nazwać, ale mylę się bardzo rzadko, prawie nigdy, no, może czasem jakiś drobny lapsus, też spowodowany przez chwilowe roztargnienie czy nieuwagę, ale poza tym poruszam się po mieście bez najmniejszych kłopotów, prawie jak po sznurku. Moja dziewczyna twierdzi, że wyczuwam miasto, że mam taki specjalny dar, że jestem jednym z tych, którzy są niczym stworzeni, by tu przebywać, choć ja, w przeciwieństwie do niej, nie jestem miejscowy i trafiłem tu całkiem przypadkiem. Nie wszyscy jednak mają tak lekko jak ja. Są ludzie, którzy urodzili się w mieście albo mieszkają tu od dziesiątków lat, a mimo tego nie czują miasta, nie umieją go czytać, gubią się, popełniają błędy, błądzą każdego dnia, a każdą drobna nawet przemianę traktują jak katastrofę. Miasto, to zmieniające się wciąż, cudowne i kapryśne miasto jest dla nich jak zesłanie, banicja i niczym niezasłużone cierpienie. Wielu, bardzo wielu opuszcza miasto z własnej woli, nie wytrzymują, nie dają rady, rezygnują i poddają się. Inni, mniej odważni, pozostają, ale męczą się przez całe życie, każdego dnia przeklinając swoją niepewną egzystencję i każdego dnia na nowo poszukując drogi do domu …