Polski sen o Noblu

Przypadkiem Józef Hen, polski pisarz z żydowskim rodowodem, fragmenty jego dzienników. Zaskakuje mnie z jaką nadzieją co roku wyczekuje na decyzje Komisji Noblowskiej, jaki jest podniecony i zdenerwowany. Pisze o tym niby lekko, ale wyczuwa się, jak ciężkie to dla niego przeżycie. I ten zawód, którego nie potrafi ukryć, że i tym razem też został pominięty. Wiele bardzo źle przespanych nocy, jeszcze więcej nerwów i rozczarowań. Facet ma już ponad sto lat, sprawdziłem, uważam, że zanim odejdzie absolutnie powinien dostać jakiegoś Nobla, choćby honorowego, choćby za wytrwałość, za tzw. całokształt twórczości, za wysługę lat, za cokolwiek zresztą. Gdyby członkowie Komisji Noblowskiej mieli serca, na pewno skróciliby jego męki. Obawiam się jednak, że nie mają.

Inna sprawa, że Hen nie jest w tej namiętności do Nobla całkiem odosobniony – podobne cierpienia przeżywali Andrzejewski, Dąbrowska, Orzeszkowa, Konwicki, Gombrowicz, który wcale tego nie ukrywał. Marzenia o Noblu nie opuszczały również  Iwaszkiewicza. Podobno nie mógł darować Jerzemu Andrzejewskiemu udziału w tworzeniu KOR, bowiem doszły go słuchy, iż represje przeciw autorowi „Popiołu i diamentu” bardzo mogą mu pomóc zdobyć Nobla. Nobel był tym czego Iwaszkiewicz pragnął najbardziej i nigdy nie otrzymał. Jak wielkie było to marzenie, potwierdza reakcja odnotowana przez Tadeusza Kwiatkowskiego, gdy władze ZSRR w roku 1969 przyznały Iwaszkiewiczowi Leninowską Nagrodę Pokoju. „Nie mogę odmówić, ale spadło to na mnie jak nieszczęście” – skarżył się autor „Sławy i chwały” przekonany, że ten wysoce nieszczęsny moskiewski zaszczyt znacznie osłabi jego szansę na upragnionego Nobla.