Opera mydlana Biały Dom

W operach mydlanych pozornie dzieje się wiele, ale w istocie nie dzieje się nic i nic ważnego, i nic na poważnie. Są czymś w rodzaju five o`clock, stałym punktem dnia, swoistym rytuałem, który na moment uwalnia od własnych problemów i przenosi nas w świat, który nic nie waży i nic nie znaczy. I dobrze. Ludzie zawsze szukali i będą szukać takiego czy innego wetchnienia. Niepokojące jest być może tylko to, że obecnie niemal każda dziedzina naszego życia nosi cechy opery mydlanej. Nic nie jest ważne i nic na poważnie. Sport to typowa opera mydlana, muzyka zdominowana przez pop to opera mydlana, telewizja od dawna jest operą mydlaną, czemu nie polityka? Tak, polityka jest już także operą mydlaną.

Zwrot „bicie piany”, który oznacza długie, pozbawione treści wypowiedzi, językoznawcy wywodzą na ogół od czynności ubijania jaj. Chyba sensowniej byłoby łączyć ten zwrot z operą mydlaną. Charakterystyczną cechą tego gatunku jest bowiem wręcz niezwykłe mistrzostwo właśnie w biciu piany.

Prezydentura Obamy była zapewne szczytowym osiągnięciem opery mydlanej i dotąd nigdy jeszcze nie ubito tyle piany w polityce, co w tym okresie. Pokojowa Nagroda Nobla a priori, już po 9 miesiącach sprawowania władzy i bez cienia jakichkolwiek sukcesów w jakiejkolwiek dziedzinie. A potem nieustający show – prezydent pospołu z Kate Hudson, Benem Stillerem i Channing Tatum w popularnym programie Beara Gryllsa, wygłaszający komunały w stylu szeregowego członka Greenpeace; Halloween w Białym Domu i przy okazji dość niesmaczne kpiny z papieża; w czasie prezydenckiej wizyty w San Francisco Kanye West i jego wielkotyła małżonka Kim Kardashian zaszczycają go nawet wspólną fotografią, ale prezydent kocha aktorów, kocha tych, ktorych my wszyscy kochamy. Na 55 – te urodziny prezydenta Biały Dom zaroił się od gwiazd i celebrytów – czołowa lesbijka Stanów Zjednoczonych Ellen DeGeneres, raper Common, Samuel L. Jackson, Stevie Wonder, Usher, Sarah Jessica Parker, Jennifer Hudson, Beyoncé, Jay Z, John Legend, Nick Jonas, ba, nawet Cookie Johnson, żona koszykarza Magica Johnsona i dziesiątki, dziesiątki innych, im podobnych „intelektualistów i wybitnych postaci ze świata nauki i kultury”. Grupa hollywódzkich subretek z Madonną na czele, które mianowały się światlejszą i lepszą częścią ludzkości, gotowa będzie potem wyjść dla niego nawet na barykady, a Biały Dom z jakimś innym prezydentem wysadzić w powietrze. Ale nie ma w tym nic dziwnego, bo równy gość z tego prezydenta. Wrzucił nawet swoje playlisty na Spotify, żeby nie było żadnych wątpliwości, że słucha dokładnie tego samego, co każdy z nas. Nie zawahał się też, by wystąpić w programie Ellen DeGeneres, zwierzając się, że podczas nieobecności żony nigdy nie ścieli łóżka (jakby jego żona ścieliła), tudzież jak wszyscy mężczyźni na całym świecie rozrzuca wszędzie swoje brudne skarpety i przepocone kalesony. Prezydent? Nie. Raczej ktoś taki jak ty lub ja, jeden z nas, fajny facet, a jeżeli jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, to już najwyższa pora, by to zauważyć. Chłopcy od jego image wrzucili nawet jakąś pikantną plotkę o rzekomym romansie pana prezydenta z Beyonce lub kimś innym, co – mamy w to wierzyć –  zdradzili jego małżonce grzeczni chłopcy z Secret Service. To dopiero ”secret service”! Ale za to świetny PR, a przygłupy i tak dadzą się nabrać i uwierzą, że prezydent to prawdziwy mężczyzna, bo – jak my wszyscy – rozgląda się za „babami”. Prezydent w otoczeniu ukochanych córeczek? Naturalnie, tego w operze mydlanej nie może zabraknąć. Towarzyszą mu więc w czasie oficjalnych przyjęć, jak choćby podczas wizyty Justina Trudeau. Media zachwycone, nie trzeba przynudzać o sprawach oficjalnych, można rozpisać się o tym, jak to dziewczyny podrosły i wypiękniały, i że coraz bardziej przypominają swoją mamę, Michelle Obamę. Wiadomość na pierwsze strony gazet, ważniejsza niż jakieś tam wojny, zbrodnie czy klęski żywiołowe. Widzisz? Wszystko dokładnie tak samo jak w twojej czy mojej rodzinie. Facet jest prezydentem, a żyje jak ty czy ja. Barack na Kubie? Towarzyszą mu żona i córki. Dziennikarze nie zdołali sfotografować kubańskiej nędzy, ale zachwycają się słodko „spontanicznymi” fotografiami ojca i córki, którzy razem wyglądają wspaniale. „Są tacy jak my! Jakie to urocze”. Nie ma żadnej różnicy między prezydentem, a nami, żyjemy w tym samym świecie. I on też zresztą, tak samo jak my, ma teściową na karku. A tak, babcia Marian Robinson, matka Michelle Obamy i teściowa Baracka Obamy, to „szara eminencja” Białego Domu, mieszka tam już od kilku lat i nic nie może się wydarzyć bez jej wiedzy, a może i zgody. Prawda, że jak w każdej porządnej operze mydlanej?

W czasie tej populistycznej prezydentury rozrywka była ważniejsza niż sensowne decyzje ekonomiczne, brylowanie w towarzystwie hollywódzkich subretek i amantów ważniejsze niż trzeźwe decyzje polityczne, w przekazie prasowym i mediach dominował melodramat i romans, a ponad wszystko ”sznyt”, elegancka żona, koniecznie pies, dwie córki, tata czytający im baśnie na dobranoc – idealny czarny Porthos z ”Muszkieterów”, w kretyńsko poprawnej politycznie wersji BBC, i sam tak poprawny zresztą, że Państwo Islamskie pospołu z Rosją, Chinami, i Iranem boki zrywało ze śmiechu mając nadzieję, że spektakl ten nie skończy się nigdy.