Chlubne niemieckie tradycje

Najpierw sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, Jarosław Łuczaj, na wniosek zapyziałego niemieckiego miasteczka Zittau, czeskiego i niemieckiego oddziału Greenpeace oraz Fundacji Frank Bold (jeszcze jedna podejrzana organizacja ekologiczna) wydał postanowienie w sprawie wstrzymania pracy w kopalni w Turowie. Teraz Stołeczny Sąd Okręgowy zakazuje ministrowi sprawiedliwości, Zbigniewowi Ziobrze, wypowiadać się na temat produkcji filmowej nijakiej Agnieszki Holland.

W Polsce można bezkarnie obrażać Prezydenta, można obrażać Premiera, robi się to zresztą codziennie i tego żaden sąd nie zakazuje, a ludzi, którzy dopuszczają się tego pieszczotliwie gładzi po główkach, często przyznając odszkodowania za cierpienia związane z „włóczeniem ich po sądach”. Zastanawia mnie jednak, jak to jest więc możliwe, że w przypadku, gdy ktoś nie wyraża się zbyt pochlebnie o twórczości p. Holland, sąd w ogóle zabrania wypowiadania się na ten temat? Prasa informuje, że adwokaci reżyserki podjęli kroki prawne wobec ich zdaniem krzywdzącej wypowiedzi p. Zbigniewa Ziobry. Naturalnie, to im wolno. To można zrozumieć. Sąd może rozpatrzeć kwestie związane z pomówieniem czy oszczerstwem. Trudno natomiast pojąć,  jakim cudem w demokratycznym, podobno, kraju sąd może zakazać komuś wypowiadania swoich opinii. O czymkolwiek. Choćby o filmie p. Holland.  

Proniemiecka polityka byłego premiera Tuska ma jednak na swoim koncie pewne sukcesy, co trzeba ze smutkiem odnotować. Kontynuujemy niemieckie tradycje – produkcji filmowych słynnej pupilki Hitlera, czyli Berty Helene Amalie „Leni” Riefenstahl, także nie wolno było krytykować, a wyrażanie się o niej źle mogło skończyć się tylko w jeden – wszyscy wiemy jaki  – sposób.

Opera mydlana Biały Dom

W operach mydlanych pozornie dzieje się wiele, ale w istocie nie dzieje się nic i nic ważnego, i nic na poważnie. Są czymś w rodzaju five o`clock, stałym punktem dnia, swoistym rytuałem, który na moment uwalnia od własnych problemów i przenosi nas w świat, który nic nie waży i nic nie znaczy. I dobrze. Ludzie zawsze szukali i będą szukać takiego czy innego wetchnienia. Niepokojące jest być może tylko to, że obecnie niemal każda dziedzina naszego życia nosi cechy opery mydlanej. Nic nie jest ważne i nic na poważnie. Sport to typowa opera mydlana, muzyka zdominowana przez pop to opera mydlana, telewizja od dawna jest operą mydlaną, czemu nie polityka? Tak, polityka jest już także operą mydlaną.

Zwrot „bicie piany”, który oznacza długie, pozbawione treści wypowiedzi, językoznawcy wywodzą na ogół od czynności ubijania jaj. Chyba sensowniej byłoby łączyć ten zwrot z operą mydlaną. Charakterystyczną cechą tego gatunku jest bowiem wręcz niezwykłe mistrzostwo właśnie w biciu piany.

Prezydentura Obamy była zapewne szczytowym osiągnięciem opery mydlanej i dotąd nigdy jeszcze nie ubito tyle piany w polityce, co w tym okresie. Pokojowa Nagroda Nobla a priori, już po 9 miesiącach sprawowania władzy i bez cienia jakichkolwiek sukcesów w jakiejkolwiek dziedzinie. A potem nieustający show – prezydent pospołu z Kate Hudson, Benem Stillerem i Channing Tatum w popularnym programie Beara Gryllsa, wygłaszający komunały w stylu szeregowego członka Greenpeace; Halloween w Białym Domu i przy okazji dość niesmaczne kpiny z papieża; w czasie prezydenckiej wizyty w San Francisco Kanye West i jego wielkotyła małżonka Kim Kardashian zaszczycają go nawet wspólną fotografią, ale prezydent kocha aktorów, kocha tych, ktorych my wszyscy kochamy. Na 55 – te urodziny prezydenta Biały Dom zaroił się od gwiazd i celebrytów – czołowa lesbijka Stanów Zjednoczonych Ellen DeGeneres, raper Common, Samuel L. Jackson, Stevie Wonder, Usher, Sarah Jessica Parker, Jennifer Hudson, Beyoncé, Jay Z, John Legend, Nick Jonas, ba, nawet Cookie Johnson, żona koszykarza Magica Johnsona i dziesiątki, dziesiątki innych, im podobnych „intelektualistów i wybitnych postaci ze świata nauki i kultury”. Grupa hollywódzkich subretek z Madonną na czele, które mianowały się światlejszą i lepszą częścią ludzkości, gotowa będzie potem wyjść dla niego nawet na barykady, a Biały Dom z jakimś innym prezydentem wysadzić w powietrze. Ale nie ma w tym nic dziwnego, bo równy gość z tego prezydenta. Wrzucił nawet swoje playlisty na Spotify, żeby nie było żadnych wątpliwości, że słucha dokładnie tego samego, co każdy z nas. Nie zawahał się też, by wystąpić w programie Ellen DeGeneres, zwierzając się, że podczas nieobecności żony nigdy nie ścieli łóżka (jakby jego żona ścieliła), tudzież jak wszyscy mężczyźni na całym świecie rozrzuca wszędzie swoje brudne skarpety i przepocone kalesony. Prezydent? Nie. Raczej ktoś taki jak ty lub ja, jeden z nas, fajny facet, a jeżeli jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, to już najwyższa pora, by to zauważyć. Chłopcy od jego image wrzucili nawet jakąś pikantną plotkę o rzekomym romansie pana prezydenta z Beyonce lub kimś innym, co – mamy w to wierzyć –  zdradzili jego małżonce grzeczni chłopcy z Secret Service. To dopiero ”secret service”! Ale za to świetny PR, a przygłupy i tak dadzą się nabrać i uwierzą, że prezydent to prawdziwy mężczyzna, bo – jak my wszyscy – rozgląda się za „babami”. Prezydent w otoczeniu ukochanych córeczek? Naturalnie, tego w operze mydlanej nie może zabraknąć. Towarzyszą mu więc w czasie oficjalnych przyjęć, jak choćby podczas wizyty Justina Trudeau. Media zachwycone, nie trzeba przynudzać o sprawach oficjalnych, można rozpisać się o tym, jak to dziewczyny podrosły i wypiękniały, i że coraz bardziej przypominają swoją mamę, Michelle Obamę. Wiadomość na pierwsze strony gazet, ważniejsza niż jakieś tam wojny, zbrodnie czy klęski żywiołowe. Widzisz? Wszystko dokładnie tak samo jak w twojej czy mojej rodzinie. Facet jest prezydentem, a żyje jak ty czy ja. Barack na Kubie? Towarzyszą mu żona i córki. Dziennikarze nie zdołali sfotografować kubańskiej nędzy, ale zachwycają się słodko „spontanicznymi” fotografiami ojca i córki, którzy razem wyglądają wspaniale. „Są tacy jak my! Jakie to urocze”. Nie ma żadnej różnicy między prezydentem, a nami, żyjemy w tym samym świecie. I on też zresztą, tak samo jak my, ma teściową na karku. A tak, babcia Marian Robinson, matka Michelle Obamy i teściowa Baracka Obamy, to „szara eminencja” Białego Domu, mieszka tam już od kilku lat i nic nie może się wydarzyć bez jej wiedzy, a może i zgody. Prawda, że jak w każdej porządnej operze mydlanej?

W czasie tej populistycznej prezydentury rozrywka była ważniejsza niż sensowne decyzje ekonomiczne, brylowanie w towarzystwie hollywódzkich subretek i amantów ważniejsze niż trzeźwe decyzje polityczne, w przekazie prasowym i mediach dominował melodramat i romans, a ponad wszystko ”sznyt”, elegancka żona, koniecznie pies, dwie córki, tata czytający im baśnie na dobranoc – idealny czarny Porthos z ”Muszkieterów”, w kretyńsko poprawnej politycznie wersji BBC, i sam tak poprawny zresztą, że Państwo Islamskie pospołu z Rosją, Chinami, i Iranem boki zrywało ze śmiechu mając nadzieję, że spektakl ten nie skończy się nigdy.