Dziennik Hena

Biblioteka w Malmö jest imponująca, chociaż polskie półki w niej raczej nie należą do najdłuższych. Nowości pojawiają się bardzo rzadko, regały obciąża wszelkiego rodzaju kołowacizna, kryminały, harlekiny, romanse i nowatorskie powieści o bardzo ważnych problemach współczesnych, czyli o niczym. Wybrałem „Dziennik na nowy wiek” Józefa Hena. Nazwisko nie jest mi obce, natomiast nie znam jego twórczości, przed wiekami próbowałem czytać coś z jego rzeczy i najwyraźniej nie zachwycił mnie wtedy, bo nigdy nie zostaliśmy „przyjaciółmi” na całe życie. Teraz przeglądam jego dziennik i zaczynam podejrzewać, że przeoczyłem jakiegoś geniusza w naszej rodzimej literaturze, kogoś miary choćby Gombrowicza, Miłosza czy Watta, kogoś, kogo twórczości nie można było nie znać, ale mnie, niestety, jakoś się to udało. Tym razem więc Hen mnie zachwycił, choć pewnie nie całkiem tak, jak mógłby sobie tego życzyć.

Przeczytałem wiele dzienników, pamiętników i zapisków, ale nie przypominam sobie, by autor któregoś z nich był aż tak bezbrzeżnie życzliwy wobec samego siebie i swojej twórczości jak Hen. W tej dziedzinie Hen wydaje się być bezkonkurencyjny, bezwstydnie bezkonkurencyjny. Nie ma takiego komplementu, który pominie albo o którym nie wspomni. Podziękowania od bratanka Boya, życzenia od Ludwika Stommy, sumienne sprawozdania z przyjęcia w Pałacu Prezydenckim, prezydent (w domyśle: Kwaśniewski) ściskający jego dłoń, niemal błagający o autograf, jakiś ambasador, który zachwyca się nim i chwali, młode kobiety, które podziwiają go i kuszą, Amos jest nim oczarowany, Herling-Grudziński informuje go, że był „jedynym polskim pisarzem o którym Hłasko mówił dobrze”, ale on sam nie ma zbyt wysokiego mniemania o Grudzińskim, ot, „Literat na solidnym poziomie. Z ubogą wyobraźnią. Monotonną stylistyką”. Lem pisze o nim pochlebnie, jakaś Zosia komplementuje go za słowa o George Sand („kiedy się czyta, ma się wrażenie, że wszystko ci samo z pióra spływa”), wszyscy błagają go o egzemplarze jego książek, a on obdarowuje nawet tymi, które wydano ostatnio przed 25 laty, Pilch mówi o jego wybitnych książkach, „Pilch świetny, ja też podobno dobry”, a jakże, w sąsiednim apartamencie jakiegoś hotelu Mieczysław Rakowski, co Hen odnotowuje skrzętnie i nie bez dumy, pomyśleć tylko, sam Mieczysław Rakowski, a biskup Życiński cytuje go często i czyta częściej niż pismo święte, Szymon Peres z wizytą w Warszawie, a więc dzwonią z ambasady, czy aby na pewno otrzymał zaproszenie na spotkanie, i ta kartka od Wiesławy Szymborskiej i komplementy od Jaruzelskiego, który – a jakże! – zna, czyta, entuzjazm, „Dziękuję panu za Boya”, i kolacja urodzinowa w Pałacu Prezydenckim, zaszczyty więc, medale, przyjęcia, nieustanne spotkania z czytelnikami i wszystkie doskonale udane, widownia zachwycona, tłumy ludzi, autografy, kwiaty, nagrody, „przy stole siedziałem po prawej ręce pani prezydentowej, która nakładała mi na talerz kąski z półmiska, po jej lewej siedział mąż”, a w notatce o śmierci A. Szczypiorskiego uwagi o tym jak to Szczypiorski wygłosił laudację z okazji przyznania „mi nagrody ZAiKS-u za Błazna” i jakim to ten Szczypiorski był kiepskim pisarzem, „pławiącym się w słowach”.

W „Dzienniku na nowy wiek” megalomania, pretensjonalność i kokieteria wymieszały się w koktajl, którego nie sposób wypić nie krztusząc się od śmiechu i rozbawienia, ale również i z zażenowania. Hen wdzięczy się przed czytelnikiem, wdzięczy się przed sobą, wdzięczy się przed osobami o których pisze. Nawet wówczas, gdy chce nam wmówić, że jest skromny. A może zwłaszcza wówczas. Wymóg skromności jest wpisany w polskie normy grzecznościowe, to prawda, ale u Hena jest to bez wyjątku skromność fałszywa, bardzo minoderyjna. Pisze: „Na Hożej, w Klubie Katedry Metod Matematycznych Fizyki, trudno dostępnym, na piątym piętrze, sami profesorowie, jest ich około dwudziestu – ja, nieuk, jako ich gość, mam mówić o królu i problemach historycznych, przy herbatce, którą parzą adiunkci”. On nieuk, sami profesorowie, adiunkci parzą mu herbatę. „Traktowanie mnie jako partnera Montaigne, a i Boya jest oczywiście bardzo pochlebne, ale uważam się tylko za pokornego sługę tych dwóch mędrców”. Suplikacja, w psychologicznym tego słowa znaczeniu, jako jedna z technik autoprezentacji, a pospolicie tzw. udawanie głupka, robienie z siebie kogoś słabego, nieporadnego i niezbyt rozgarniętego, jest stałą metodą Hena. Niemal w co drugim zdaniu „Dzienników” udaje głupka i jest to maniera tak nieznośna, że zaczynamy podejrzewać, iż kryje się za tym coś całkiem innego, mianowicie, jego prywatna i żałosna „technika istnienia”. Skromność w wydaniu Hena przypomina „skromność” innej gwiazdy naszej literatury, przeraźliwie nudnej i topornej pisarki M. Dąbrowskiej. Krytyk Wiesław Szymański wspomina, że w roku 1938 podczas spotkania autorskiego gdzieś na prowincji Dąbrowska wyznała skromnie: „… mówiłam o cieniu wielkiego geniusza narodu polskiego Mickiewiczu, i jego niespełnionym marzeniu, by jego księgi zbłądziły pod strzechy, i o tym, że to właśnie spotyka tak skromnego i małego pisarza jak ja”. Hen jest „skromny” w równie „skromny” sposób.

Ale komplementy, komplementy nade wszystko. Hen nigdy nie ma dość komplementów. Bylejakich i nijakich, wszystkich i każdego, i nie zapomni odnotować nawet tego, że ktoś nazwał go „przemiłym człowiekiem”. Hen łapczywie zlizuje wszystkie komplementy, gdzie tylko może, łowi je niczym motyle, oprawia i uwiecznia, jego literackie gabloty są ich pełne. Jakaś urocza pani go komplementuje, i zauroczony czytelnik, Konwicki go całuje, „szczuplutka i zapłoniona” składa mu hołd, podziwia go Stefania, Michnik, Szymborska, i Marysia Brandysowa, i ktoś z Paryża, i Amsterdamu, i kaczor Donald, znani i nieznani, gwiazdy polskiego filmu, i pewna kelnerka – oczywiście, młoda i olśniewająco piękna – z dworcowej knajpy w jakimś pcimiu. I śmieszność, śmieszność podstarzałego, czy całkiem starego, prowincjonalnego donżuana, który zauważa wszystko, co tylko nosi spódnicę, niezależnie od tego, czy będzie to miało miejsce w pociągu, na ulicy, w kawiarni czy w korytarzu jakiegoś urzędu, bo przecież wszystkie te wyjątkowe „zjawiska” natychmiast go rozpoznają, komplementują, wysyłają dyskretne, acz czytelne znaki i uwodzą ….

Parafrazując pewną znaną myśl należałoby powiedzieć, że zasługą jednych jest to, że piszą dzienniki, a zasługą innych byłoby, gdyby nie pisali ich wcale.