Antoinette Sophie-Victoire Delaborde wyszła za mąż za kapitana Maurice Francois Dupin. Jej ojciec był właścicielem jakiejś podrzednej sali bilardowej, a także ulicznym sprzedawcą kanarków i szczygłów. Antoinette dorastała w biedzie, zarabiając na swoje utrzymanie uprawianiem prostytucji. Po poślubieniu kapitana Dupin urodziła córkę, której nadano imię Aurora. Była to przyszła pisarka George Sand. Córka George Sand, piękna Solange Clésinger, zdolna uczennica Chopina, stała się potem jedną z najbardziej znanych kurtyzan Europy.
Tag: George Sand
Piękna śmierć
George Sand opisująca śmierć swojej matki, Antoinette Sophie-Victoire, która po zwykłej przejażdżce po Polach Elizejskich, po powrocie do domu udała się do buduaru, usiadła przed lustrem i umarła przyglądając się w nim. Piękna śmierć.
Portrety
Bracia Goncourt, „Dziennik”. Znakomite portrety ich współczesnych
Baudelaire: Obok je kolację Baudelaire: bez krawata, z nagą szyją i ogoloną głową, jakby szedł na gilotynę. Jedyny wykwint to ręce: małe, wymyte, wypielęgnowane, gładkie. Głowa szaleńca, głos tnący niczym ostrze. Pedantyczny sposób mówienia; atakuje Saint-Justa i trafia go celnie.
Sainte-Beuve: Wysokie odsłonięte czoło łączy się z łysą i białą czaszką. Wielkie oczy, nos długi, ciekawy, łakomy, duże usta o nieładnym rysunku, szeroki uśmiech ukazujący białe zęby; policzki wypukłe jak szkło lupy; trochę żabi; różowa i dobrze odżywiona skóra w dolnej partii twarzy. Robi wrażenie inteligentnego prowincjusza, co spędza czas wśród książek, zamknięty w czterech ścianach biblioteki, pod którą znajduje się piwnica z zacnym burgundem; jest rześki, biały, krwisty.
George Sand: Pani Sand ma w sobie coś z widma, z automatu. Mówi głosem mechanicznym i monotonnym, który, zawsze jednaki, ani nie wznosi się, ani nie opada. W jej pozie jest powaga i godność słonia, spokój przeżuwacza. Przypomina zimne i spokojne kobiety z portretów Mierevelta, a zarazem przełożoną domu dla upadłych kobiet. Gesty powolne, somnambuliczne; od czasu do czasu takim samym gestem pociera woskową zapałkę i wtedy widać płomyk zapałki i żarzącego się papierosa. Żadnego światła w głosie, żadnej barwy w słowach.
Renan: Łeb cielęcia z czerwonymi plamami i stwardnieniami skóry małpiego zadka. Tęgi, krótki, źle zbudowany, głowa wciśnięta w ramiona trochę jak u garbusa, w twarzy coś z wieprza, ze słonia, oko małe, ogromny zwisający nos, cała twarz w cętkach. Z tej postaci wyglądającej niezdrowo, niekształtnej, brzydkiej dla oczu, brzydkiej moralnie, wydobywa się kwaśny i nieszczery głosik.
Sentencja
Sentencję „wszystko zrozumieć to wszystko wybaczyć” przypisuje się zwykle George Sand albo pani de Staël. Powtarzamy ją bezmyślnie, zapewne dlatego, że brzmi mądrze. Ale to bzdura. Kiedy się wszystko rozumie, nie trzeba już niczego przebaczać. Przebaczanie jest zabiegiem taktycznym. Przebaczamy właśnie dlatego, że czegoś nie rozumiemy albo nie chcemy zrozumieć. W tym sensie przebaczanie jest przejawem lenistwa umysłowego.
Trochę z pięknej historii Francji
Siódmy Prezydent Republiki Francuskiej, współksiąże Andory Félix Faure zmarł w wieku 58 lat. Zakończył życie w niebieskim salonie Pałacu Elizejskiego 16 lutego 1899 roku. Stał oparty plecami o ścianę, a między jego obnażonymi nogami, wtuliwszy w nie głowę, klęczała naga Marguerite Steinheil. Fellatio w jej wykonaniu musiało być mistrzowskie, skoro przyprawiło Prezydenta Republiki o atak apopleksji. Podobno kiedy dziewczyna stwierdziła, że nadzwyczajna sztywność pana prezydenta spowodowana jest całkiem innymi czynnikami niż sądziła, dostała ze strachu gwałtownego szczękościsku, chętnie opisywanego później w fachowej literaturze. Aby uniknąć ogromnego skandalu, panią Steinheil wyprowadzono pośpiesznie z pałacu tylnym wyjściem, co było raczej regułą niż wyjątkiem, bo nie była ona przelotną znajomością. W wersji oficjalnej prezydent zmarł na wylew krwi do mózgu w swoim biurze, w „trakcie sprawowania urzędu”, co nawet do pewnego stopnia pokrywa się z prawdą, bo jest to dość pospolity sposób „sprawowania” tegoż urzędu. Pogrzeb miał uroczysty. Marszałek senatu wygłosił nad trumną długie przemówienie, w którym użył, miejmy nadzieję, że świadomie, trafnego zwrotu: „I był szczęśliwy aż do ostatniej chwili swego życia„. Gazety także nie zatajały tego pikantnego szczegółu pisząc, że „życie miał wprawdzie bezbarwne, ale jakże piękną śmierć”. Po tym wydarzeniu Marguerite Steinheil uzyskała zaszczytny przydomek pompe funèbre, czyli – innymi słowy – pompa pogrzebowa czy, jak kto woli, zakład pogrzebowy.
Iście heroiczną śmierć miał również marszałek Maurycy de Saxe (nota bene: nieślubny syn Augusta Mocnego, pradziadek pisarki George Sand, właściciel wspaniałego zamku Chambord). Zmarł 30 listopada 1750 roku, po wizycie ośmiu „aktorek”. W akcie zgonu napisano, ze przyczyną śmierci było „un surfeit des femmes” czyli nadużywanie kobiet. Zapewne wielu by sobie takiej śmierci życzyło.
Dziennik Hena
Biblioteka w Malmö jest imponująca, chociaż polskie półki w niej raczej nie należą do najdłuższych. Nowości pojawiają się bardzo rzadko, regały obciąża wszelkiego rodzaju kołowacizna, kryminały, harlekiny, romanse i nowatorskie powieści o bardzo ważnych problemach współczesnych, czyli o niczym. Wybrałem „Dziennik na nowy wiek” Józefa Hena. Nazwisko nie jest mi obce, natomiast nie znam jego twórczości, przed wiekami próbowałem czytać coś z jego rzeczy i najwyraźniej nie zachwycił mnie wtedy, bo nigdy nie zostaliśmy „przyjaciółmi” na całe życie. Teraz przeglądam jego dziennik i zaczynam podejrzewać, że przeoczyłem jakiegoś geniusza w naszej rodzimej literaturze, kogoś miary choćby Gombrowicza, Miłosza czy Watta, kogoś, kogo twórczości nie można było nie znać, ale mnie, niestety, jakoś się to udało. Tym razem więc Hen mnie zachwycił, choć pewnie nie całkiem tak, jak mógłby sobie tego życzyć.
Przeczytałem wiele dzienników, pamiętników i zapisków, ale nie przypominam sobie, by autor któregoś z nich był aż tak bezbrzeżnie życzliwy wobec samego siebie i swojej twórczości jak Hen. W tej dziedzinie Hen wydaje się być bezkonkurencyjny, bezwstydnie bezkonkurencyjny. Nie ma takiego komplementu, który pominie albo o którym nie wspomni. Podziękowania od bratanka Boya, życzenia od Ludwika Stommy, sumienne sprawozdania z przyjęcia w Pałacu Prezydenckim, prezydent (w domyśle: Kwaśniewski) ściskający jego dłoń, niemal błagający o autograf, jakiś ambasador, który zachwyca się nim i chwali, młode kobiety, które podziwiają go i kuszą, Amos jest nim oczarowany, Herling-Grudziński informuje go, że był „jedynym polskim pisarzem o którym Hłasko mówił dobrze”, ale on sam nie ma zbyt wysokiego mniemania o Grudzińskim, ot, „Literat na solidnym poziomie. Z ubogą wyobraźnią. Monotonną stylistyką”. Lem pisze o nim pochlebnie, jakaś Zosia komplementuje go za słowa o George Sand („kiedy się czyta, ma się wrażenie, że wszystko ci samo z pióra spływa”), wszyscy błagają go o egzemplarze jego książek, a on obdarowuje nawet tymi, które wydano ostatnio przed 25 laty, Pilch mówi o jego wybitnych książkach, „Pilch świetny, ja też podobno dobry”, a jakże, w sąsiednim apartamencie jakiegoś hotelu Mieczysław Rakowski, co Hen odnotowuje skrzętnie i nie bez dumy, pomyśleć tylko, sam Mieczysław Rakowski, a biskup Życiński cytuje go często i czyta częściej niż pismo święte, Szymon Peres z wizytą w Warszawie, a więc dzwonią z ambasady, czy aby na pewno otrzymał zaproszenie na spotkanie, i ta kartka od Wiesławy Szymborskiej i komplementy od Jaruzelskiego, który – a jakże! – zna, czyta, entuzjazm, „Dziękuję panu za Boya”, i kolacja urodzinowa w Pałacu Prezydenckim, zaszczyty więc, medale, przyjęcia, nieustanne spotkania z czytelnikami i wszystkie doskonale udane, widownia zachwycona, tłumy ludzi, autografy, kwiaty, nagrody, „przy stole siedziałem po prawej ręce pani prezydentowej, która nakładała mi na talerz kąski z półmiska, po jej lewej siedział mąż”, a w notatce o śmierci A. Szczypiorskiego uwagi o tym jak to Szczypiorski wygłosił laudację z okazji przyznania „mi nagrody ZAiKS-u za Błazna” i jakim to ten Szczypiorski był kiepskim pisarzem, „pławiącym się w słowach”.
W „Dzienniku na nowy wiek” megalomania, pretensjonalność i kokieteria wymieszały się w koktajl, którego nie sposób wypić nie krztusząc się od śmiechu i rozbawienia, ale również i z zażenowania. Hen wdzięczy się przed czytelnikiem, wdzięczy się przed sobą, wdzięczy się przed osobami o których pisze. Nawet wówczas, gdy chce nam wmówić, że jest skromny. A może zwłaszcza wówczas. Wymóg skromności jest wpisany w polskie normy grzecznościowe, to prawda, ale u Hena jest to bez wyjątku skromność fałszywa, bardzo minoderyjna. Pisze: „Na Hożej, w Klubie Katedry Metod Matematycznych Fizyki, trudno dostępnym, na piątym piętrze, sami profesorowie, jest ich około dwudziestu – ja, nieuk, jako ich gość, mam mówić o królu i problemach historycznych, przy herbatce, którą parzą adiunkci”. On nieuk, sami profesorowie, adiunkci parzą mu herbatę. „Traktowanie mnie jako partnera Montaigne, a i Boya jest oczywiście bardzo pochlebne, ale uważam się tylko za pokornego sługę tych dwóch mędrców”. Suplikacja, w psychologicznym tego słowa znaczeniu, jako jedna z technik autoprezentacji, a pospolicie tzw. udawanie głupka, robienie z siebie kogoś słabego, nieporadnego i niezbyt rozgarniętego, jest stałą metodą Hena. Niemal w co drugim zdaniu „Dzienników” udaje głupka i jest to maniera tak nieznośna, że zaczynamy podejrzewać, iż kryje się za tym coś całkiem innego, mianowicie, jego prywatna i żałosna „technika istnienia”. Skromność w wydaniu Hena przypomina „skromność” innej gwiazdy naszej literatury, przeraźliwie nudnej i topornej pisarki M. Dąbrowskiej. Krytyk Wiesław Szymański wspomina, że w roku 1938 podczas spotkania autorskiego gdzieś na prowincji Dąbrowska wyznała skromnie: „… mówiłam o cieniu wielkiego geniusza narodu polskiego Mickiewiczu, i jego niespełnionym marzeniu, by jego księgi zbłądziły pod strzechy, i o tym, że to właśnie spotyka tak skromnego i małego pisarza jak ja”. Hen jest „skromny” w równie „skromny” sposób.
Ale komplementy, komplementy nade wszystko. Hen nigdy nie ma dość komplementów. Bylejakich i nijakich, wszystkich i każdego, i nie zapomni odnotować nawet tego, że ktoś nazwał go „przemiłym człowiekiem”. Hen łapczywie zlizuje wszystkie komplementy, gdzie tylko może, łowi je niczym motyle, oprawia i uwiecznia, jego literackie gabloty są ich pełne. Jakaś urocza pani go komplementuje, i zauroczony czytelnik, Konwicki go całuje, „szczuplutka i zapłoniona” składa mu hołd, podziwia go Stefania, Michnik, Szymborska, i Marysia Brandysowa, i ktoś z Paryża, i Amsterdamu, i kaczor Donald, znani i nieznani, gwiazdy polskiego filmu, i pewna kelnerka – oczywiście, młoda i olśniewająco piękna – z dworcowej knajpy w jakimś pcimiu. I śmieszność, śmieszność podstarzałego, czy całkiem starego, prowincjonalnego donżuana, który zauważa wszystko, co tylko nosi spódnicę, niezależnie od tego, czy będzie to miało miejsce w pociągu, na ulicy, w kawiarni czy w korytarzu jakiegoś urzędu, bo przecież wszystkie te wyjątkowe „zjawiska” natychmiast go rozpoznają, komplementują, wysyłają dyskretne, acz czytelne znaki i uwodzą ….
Parafrazując pewną znaną myśl należałoby powiedzieć, że zasługą jednych jest to, że piszą dzienniki, a zasługą innych byłoby, gdyby nie pisali ich wcale.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.