Tedros Adhanom, dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), przed kilkoma dniami poinformował świat, że Robertowi Mugabe zostanie nadany honorowy tytuł ambasadora dobrej woli do spraw walki z chorobami niezakaźnymi, tak zwanymi NCDs. Motywacja: „stawia powszechne ubezpieczenia zdrowotne i promocję zdrowia w centrum swojej polityki, by zapewnić wszystkim równy dostęp do służby zdrowia”. Nie, nie jest to w żadnym razie nieporozumienie, chodzi właśnie o tego Roberta Mugabe, zbira i krwawego watażkę z Zimbabwe, człowieka, którego zachłanność doprowadziła jego własny kraj do totalnej ruiny. W Zimbabwe brakuje nie tylko szpitali, brakuje leków i wyposażenia, a personel medyczny nie otrzymuje pieniędzy za swoją pracę. Pytanie za dziesięć tysięcy dolarów: jaki kretyn w WHO wpadł na pomysł, by temu przestępcy i politycznej kreaturze przyznać honorowy tytuł ambasadora dobrej woli do spraw walki z chorobami? I podpytanie: jak to w ogóle jest możliwe? Czy w ONZ pracują już tylko i wyłącznie zielone ludziki z Jowisza i Saturna, po tygodniowym przeszkoleniu na temat naszego globu? Wygląda na to, że Światowa Organizacja Zdrowia jest bardzo, bardzo chora.