Ruskie mrożonki

Niedawno nasza wspaniała i potężna Europa, szczęśliwie zjednoczona, miała podjąć kluczową decyzję o sfinansowaniu pomocy dla walczącej Ukrainy. Absolutnie najsensowniejszym pomysłem była propozycja użycia zamrożonych na Zachodzie rosyjskich aktywów, skądinąd ogromnych. Rosjanie rozpoczęli tę wojnę i to oni powinni za nią zapłacić. Logiczne? Logiczne, tyle że Europa od dawna już nie rządzi się logiką.

Niemal natychmiast pojawiły się sugestie, początkowo nieśmiałe, że sięgnięcie po „finansowe mrożonki” made in Russia może szalenie urazić wrażliwego rosyjskiego Hitlera, czyli Putina. Potem odezwał się ryczący lew Ameryki, przypominając nam, że nieco wcześniej nakazał, by Stany Zjednoczone głosowały w ONZ  pospołu z Rosją, Białorusią i Koreą Północną, co powinno nam wiele podpowiedzieć, bo jeżeli ktoś głosuje razem z Rosją, Białorusią i Koreą Północną, a my doskonale wiemy, czym są te kraje, to jest to sprawa – by określić to najdelikatniej jak można – bardzo, bardzo brudna i bardzo śmierdząca. Następnie Belgia dostała drgawek ze strachu przed zemstą Rosji, a wraz z nią dziesiątki tzw. unijnych polityków. Najwyraźniej był to strach irracjonalny, chyba że przyjmiemy, że był to strach przed odwołaniem się do godności i uczciwości. Tego unijni politycy boją się bowiem bardziej niż ognia i unikają jak zarazy. Wtedy otwarcie już zaczęto pokrzykiwać, że rosyjskich aktywów odmrażać nie wolno. Dlaczego niby? Posłuchajcie, bo tu zaczyna się prawdziwy koncert: bo konfiskata może spowodować niestabilność finansową Zachodu, nawet dewaluację euro, grozi naruszeniem prawa międzynarodowego (sic!), może wywołać szalony niepokój na Globalnym Południu (jeżeli cokolwiek to znaczy), oraz stworzyć bardzo niebezpieczne precedensy. To tak w skrócie jedynie, wytoczono bowiem znacznie więcej tym podobnych „argumentów”.

W następstwie tego żenującego spektaklu trzęsidupstwa zamiast ukarać Rosję za jej zbrodnie postanowiono … zadłużyć się, zadłużyć się na sumę 90 mld euro, które otrzyma Ukraina, by dalej bronić się przed atakami rosyjskich zbrodniarzy. Spróbujmy zrozumieć właściwie, co to znaczy: za wywołanie wojny, kolosalne zniszczenia, za cierpienia dziesiątków tysięcy ludzi, za tysiące zabitych i pomordowanych … mamy zapłacić my, ty i ja, bo pożyczka zaciągnięta w imieniu Unii Europejskiej to pożyczka zaciągnięta w naszym imieniu i to my zmuszeni będziemy ją spłacać, tak czy owak. Nie Rosja, ale my. I, żeby nie było żadnych wątpliwości, jest to „triumf dyplomacji” oraz „zwycięstwo praworządności”. Tak, wiem, nazwano to ładnie „długiem ukraińskim”, chociaż dług ten zaciągnięto w imieniu Unii Europejskiej i to Europa będzie go spłacać, a nie wykrwawiona i bezczelnie rozkradana przez wszystkich Ukraina. Jeżeli myślisz, że to Unia, i że ciebie to nie dotyczy, to mylisz się bardzo. Unia to ty i twoje podatki i to one sfinansują tchórzostwo i asekuranctwo unijnych marionetek.

Czarni łowcy niewolników

Ostatnio Unia Afrykańska coraz głośniej domaga się reparacji za dawny handel niewolnikami i wszystkie kolonialne krzywdyKomisja Reparacyjna wyliczyła straty na astronomiczną sumę 1,37 biliarda dolarów. Ich żądania dotyczą głównie rekompensaty finansowej, ale też formalnego uznania nadużyć i reformy w międzynarodowych instytucjach, przez co należy rozumieć znacznie większej ilości miejsc dla przedstawicieli Afryki w ONZ. Czy słusznie?

Wbrew temu, co sądzą i głoszą zacietrzewieni hunwejbini europejskiego prezentyzmu niewolnictwo u swoich początków nie posiadało żadnych konotacji rasowych czy etnicznych. Niewolnikiem mógł stać się każdy, kto popadł w niewolę. Konotacje rasowe związane z tym zjawiskiem pojawiają się dopiero w epoce nowożytnej, prawdopodobnie wraz z rozwojem transatlantyckiego handlu ludźmi, a więc mniej więcej od XVI wieku. Wiemy również, że niewolnictwo afrykańskie nigdy nie zdołałoby przybrać tak olbrzymich rozmiarów, gdyby nie entuzjastyczny wręcz współudział niektórych afrykańskich plemion, zwłaszcza ludu Ashanti z dzisiejszej Ghany czy Yoruba z Nigerii. Plemiona Imbangala z Angoli i Nyamwezi z Tanzanii specjalizowały się w wywoływaniu lokalnych wojen i konfliktów, bo to dostarczało im okazji do chwytania ludzi i sprzedawania ich jako niewolników. Brytyjscy historycy John Thornton i Linda Heywood udowodnili, że 90 procent ludzi wysłanych przez Atlantyk do Ameryki zostało schwytanych przez ich czarnoskórych pobratymców. Wyprawy łowców niewolników były organizowane również przez afrykańskie królestwa Kongo, Futa Toro, Koya, Khasso, Kaabu, konfederacje Fante i wyżej wspomnianych Ashanti – bez ich kolaboracji z arabskimi i europejskimi handlarzami chwytanie i wysyłanie niewolników do Nowego Świata byłoby prawie niemożliwe.

W zachodniej Afryce już w średniowieczu funkcjonowały wielkie targowiska niewolników w Aodaghost, Dżenne, Gao i Timbuktu. Karawany z żywym towarem wędrowały stamtąd przez Saharę w kierunku Marrakeszu, Algieru, Tunisu i Kairu. Jeden ze szlaków kończył się w Sawakin nad Morzem Czerwonym i w Zeili w sułtanacie Adal, skąd niewolnicy byli transportowani do Dżuddy i Adenu na Półwyspie Arabskim oraz do Zatoki Perskiej. Porty ze wschodniego wybrzeża, Mogadiszu, Malindi, Kilwa czy Zanzibar, zajmowały się wysyłaniem niewolników m.in. do Indii. Wśród handlarzy niewolnikami wyjątkowo ponurą sławę zyskał czarnoskóry Hamad bin Muhammad, wśród rdzennych mieszkańców Afryki Wschodniej znany lepiej jako Tippu Tib, który w szczytowym okresie jego kariery był właścicielem 10 tys. niewolników. Jego matka, Bint Habib bin Bushir, była Arabką z Maskatu, natomiast jego ojciec i dziadek ze strony ojca byli nadmorskimi Suahili.

W XIX wieku brytyjska dyplomacja podjęła w Afryce Wschodniej działania, by stopniowo znieść handel niewolnikami. W wyniku nacisków na islamskich władców tego regionu udało się zawrzeć trzy traktaty. Były to: porozumienie Moresby’ego z 1822 r., porozumienie Hamertona z 1845 r. i wreszcie porozumienie z 5 czerwca 1873 r., podpisane przez brytyjskiego konsula w Zanzibarze Johna Kirka i sułtana Zanzibaru Bargasza, które uczyniło handel niewolnikami nielegalnym. Do 1889 r. wszyscy byli niewolnicy stali się ludźmi wolnymi, a w 1907 r. status niewolnika został całkowicie zniesiony w Brytyjskiej Afryce Wschodniej. Nie wszyscy europejscy koloniści postępowali w ten sposób. Niechlubny wyjątek stanowili, jak zwykle, Niemcy. W rządzonej przez nich Tanganice niewolnictwo zostało oficjalnie zniesione dopiero w 1922 r. wraz z objęciem tego kraju protektoratem brytyjskim.

Warto tu przypomnieć, że niewolnictwo nie było zjawiskiem, które obejmowało wyłącznie czarnych. Mieliśmy w historii bardzo długie okresy, kiedy to Afrykanie porywali ludzi z Europy i handlowali nimi jako niewolnikami. Tak postępowali, i to przez wiele stuleci, czyli mniej więcej od XI do początków XIX wieku, berberyjscy piraci. Z baz w portach Maroka, Algieru, Tunisu czy Trypolisu niemal regularnie dokonywali napadów na nadmorskie miejscowości na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku i południowo-zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Celem była grabież i, przede wszystkim, pojmanie jak największej liczby chrześcijańskich niewolników, którymi handlowano następnie na licznych targowiskach północnej Afryki, głównie w Marrakesz, Fez Trypolis i Salè. Bandyci z Afryki Północnej atakowali również, i to przez setki lat, wybrzeże południowo-zachodniej Anglii, portowe miasteczka Irlandii, Szkocji, Devonu i Kornwalii. Istnieją poszlaki, że docierali aż do Islandii. Nie istnieją żadne udokumentowane statystyki, ale wylicza się, że między XVI a XIX wiekiem Berberowie uprowadzili i sprzedali na targowiskach Afryki Północnej i w innych regionach imperium osmańskiego około półtora miliona Europejczyków.

Komisja Reparacyjna Unii Afrykańskiej domaga się więc niemal kosmicznego odszkodowania za doznane krzywdy, ale czy cała ta kwestia jest rzeczywiście tak oczywista, jak próbują to przedstawić?

Bogaci i biedni

Dwudziestu sześciu najbogatszych mieszkańców Ziemi dysponuje takim samym majątkiem, jak połowa światowej populacji – powiedział Antonio Guterres. Musimy przyjąć, że jest to prawda, skoro potwierdza to oficjalnie sekretarz generalny ONZ. W sumie jednak nic nowego. Globalizm, który zapanował na świecie po podbojach Aleksandra Wielkiego, spowodował, że na grecki świat spadł złoty deszcz bajecznych łupów. Bogaci nigdy nie byli tak bogaci jak wówczas, a biedni tak biedni jak wówczas. Jak teraz?

Prorocy i inni

Kiedyś, dawno temu, w czasie zwiedzania klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie, stojąc na wałach obserwowałem scenę niczym wyjętą z kiepskiego filmu. Jej bohaterem był jakiś wiejski proboszcz i lękliwie wokół niego stłoczone stadko wiernych. Sceneria była dramatyczna. Dzień ponury i ciemny, powietrze ciężkie, ołowiane, nabrzmiałe chmury przesuwały się nad naszymi głowami jak posępne memento mori. Proboszcz, celując palcem w niebo, krzyczał w uniesieniu, że nadchodzi dzień zemsty boskiej, że bóg jest rozgniewany na nas i na nasze grzechy, że jest to ostatnia chwila, by starać się go przebłagać i zostać mimo wszystko zbawionym, bo miłosierdzie boskie jest bez miary. Wierni truchleli ze strachu, żegnali się raz po raz nabożnie, mamrotali coś w strachu i zapamiętaniu, a proboszcz wyraźnie zachłystywał się swoją oracją, jeszcze bardziej podnosił głos, grzmiał jak huragan Dorian i nie ulegało wątpliwości, że gdyby tylko mógł ściągnąłby te ołowiane chmury i zrzuciłby je na grzeszne głowy swoich parafialnych owieczek. Ale to było dawno temu. Jeszcze w czasach, gdy głoszono, że epoka lodowcowa nadejdzie w roku 2000. Prorokiem był jakiś fanatyczny proboszcz jakiejś małej kieleckiej parafii.

Wczoraj przeczytałem kolejne proroctwo. W tym samym duchu. Z podobną retoryką: Natura jest na nas zła. I będzie się na nas mścić z furią. Za nami najcieplejsze lato i druga najcieplejsza zima w historii. Ziemia krzyczy: stop! Jeśli nie zaczniemy działać, może stać się najgorsze. Oceany już kwaśnieją, koralowce wymierają, lodowce topnieją, a lasy płoną. Huragany są coraz silniejsze i niszczą świat. Wyspy na Pacyfiku zaczęły tonąć. To, co wydarzyło się na Bahamach wraz z huraganem Dorian, to była prawdziwa apokalipsa.

Czy sądzisz może, że autorem tych słów jest szaman plemienia Irokezów przemawiający w imieniu Wielkiego Wodza Manitou? A może przywódca kolejnej apokaliptycznej sekty typu Aum Shinri Kyo? Jeszcze jeden nawiedzony kaznodzieja z Pipidówki? Profeta z Zakonu Świątyni Słońca albo młodociany wyznawca Kościoła pod wezwaniem Grety Thunberg, który chciałby urwać się z nudnych piątkowych lekcji? Nie. Nic z tych rzeczy. Te słowa wygłosił wikary Antonio Guterres, Sekretarz generalny ONZ, z ambony tej organizacji.

Pewnego dnia

Houari Boumedienne (prezydent Algierii przemawiający na forum ONZ, 1974): „Pewnego dnia miliony ludzi opuści południową półkulę planety ruszając na północ. Ale nie jako przyjaciele. Będą podbijać, a podbijać będą zaludniając północ swoimi dziećmi. Zwycięstwo odniesione zostanie przez łona naszych kobiet.”

Postęp

Od czasów drugiej wojny światowej poczyniliśmy niewątpliwe postępy w dziedzinie, jeśli to tak określić, niemoralności. Hitlerowskie potwory albo unicestwiły się same albo też zostały osądzone i skazane. Najgłupiej wyszli na tym ci z nich, którzy wymierzyli sobie sprawiedliwość sami. Ich bardziej rezolutni koledzy i wspólnicy, którzy nie mieli tylu skrupułów, zasiedli potem w ONZ-cie, jak Kurt Waldheim. Ale ludzkość zmądrzała od czasów hitlerowskich romantyków i żaden ze zbrodniarzy z okresu po drugiej wojnie nie targnął się już na swoje życie. Ani im to było w głowie. Bo i kto? Stalin? Mao Tse tung? Pol-Pot? Ceausescu? Arafat? Saddam Hussein? Amin? Mobutu? Nie, oni nie byli aż takimi głupcami. Doskonale rozumieli, że jeżeli byłeś wystarczająco sprytny, by wymordować miliony ludzi, całe narody, to nic ci nie grozi. Karalne jest zabicie jednego człowieka czy kilku ludzi, bo wtedy jesteś potworem. Gdy natomiast mordujesz miliony, stajesz się postacią historyczną, a postacie historyczne są ponad prawem. Czy ktoś postawił przed sądem Pol-Pota, który wyrżnął niemal połowę swego narodu? Nie, facet został w nagrodę zaproszony na Forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdzie zebrał gromkie oklaski.

Robert Mugabe

Tedros Adhanom, dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), przed kilkoma dniami poinformował świat, że Robertowi Mugabe zostanie nadany honorowy tytuł ambasadora dobrej woli do spraw walki z chorobami niezakaźnymi, tak zwanymi NCDs. Motywacja: „stawia powszechne ubezpieczenia zdrowotne i promocję zdrowia w centrum swojej polityki, by zapewnić wszystkim równy dostęp do służby zdrowia”. Nie, nie jest to w żadnym razie nieporozumienie, chodzi właśnie o tego Roberta Mugabe, zbira i krwawego watażkę z Zimbabwe, człowieka, którego zachłanność doprowadziła jego własny kraj do totalnej ruiny. W Zimbabwe brakuje nie tylko szpitali, brakuje leków i wyposażenia, a personel medyczny nie otrzymuje pieniędzy za swoją pracę. Pytanie za dziesięć tysięcy dolarów: jaki kretyn w WHO wpadł na pomysł, by temu przestępcy i politycznej kreaturze przyznać honorowy tytuł ambasadora dobrej woli do spraw walki z chorobami? I podpytanie: jak to w ogóle jest możliwe? Czy w ONZ pracują już tylko i wyłącznie zielone ludziki z Jowisza i Saturna, po tygodniowym przeszkoleniu na temat naszego globu? Wygląda na to, że Światowa Organizacja Zdrowia jest bardzo, bardzo chora.