Lubię filmy historyczne. Lubię film „Gladiator” z Russellem Crowe. Dobry film winien być jak dobra powieść – czyli czynić prawdopodobnym nawet to, co nieprawdopodobne. Jeżeli w ogóle można taki efekt osiągnąć, to osiąga się go przez nadzwyczajną dbałość o szczegóły. Wymyślony świat, w przeciwieństwie do rzeczywistego, nie może mieć ani szczelin ani, tym bardziej, niekonsekwencji. By być wiarygodnym, musi być perfekcyjny. W filmie „Gladiator” ramię Maximusa szpeci tatuaż SPQR (czyli Senatus Populusque Romanus). Taki tatuaż w Rzymie był nie do pomyślenia, a już zwłaszcza na ramieniu rzymskiego wodza. Tatuażem piętnowano przestępców, tatuowano także niewolników. Tatuaże nosili głównie barbarzyńcy. Manifestowali w ten sposób urojoną siłę i znaczenie, podkreślali swoją ważność. Człowiek wolny w żadnym wypadku nie odczuwał potrzeby profanowania i bezczeszczenia swego ciała.
Ciekawe, nota bene, czego wyrazem jest obecna popularność tatuaży – pogardy dla nas samych czy źle pojętej estetyki? sygnałem, jak nisko cenimy siebie i nasze ciało?