Mięso po grecku

Nigdy w Grecji nie udało mi się otrzymać na talerzu w restauracji kawałka mięsa w całości. Po raz pierwszy, przed wielu laty, zwróciłem na to uwagę w pięknym Loutro. Dotarliśmy tam późnym popołudniem promem z Hora Sfakion, byliśmy głodni, zwabił nas zapach mięsa, pieczonego na ruszcie, ustawionym na brzegu morza, przed portową tawerną. Na rusztowinie wolno obracały się soczyste, wielkie płaty wspaniałej proteiny, pachnąc tak obłędnie, że gotów byłem, zwyczajem neandertalczyków, zająć się którymś w nich wcale nie czekając, aż będą gotowe. Przezornie nie omieszkałem nawet wskazać kelnerce, który z nich budzi moje największe pożądanie, a potem rozsiedliśmy się na wąskich, klasycznych greckich krzesłach z plecionką, równie wygodnych jak kasztan w bucie, z kuflem zimnego Mythosa w ręku, i oddaliśmy się rozkosznym marzeniom o czekającej nas uczcie. Z całą pewnością nigdy nie byłem tak bliski apopleksji, jak wtedy, gdy talerz z zamówionym marzeniem pojawił się wreszcie na stole. Moja boska pancetta, przyprawiona hojnie tymiankiem, rozmarynem, oregano, liściem laurowym, papryką i czosnkiem, została zamordowana, posiekana, zaszlachtowana, spiłowana i na talerzu, przy sporym pagórku frytek, i pod nim, leżały jakieś niedorzeczne wiórki, strużyny, ścinki, heblowiny cieńkie jak pajęczyna i suche jak piasek na Chrisi, wyspie osłów. Nie brakowało wiele, abym zaczął z tasakiem w ręku ścigać kucharza po zboczach pobliskich gór. Potem to samo było w Rethymno, Chanii i wielu innych miejscach i w końcu jakoś zdołałem nawet przyzwyczaić się do myśli, że w Grecji, zwykły kawałek mięsa w całości jest czymś równie nie do pomyślenia jak gra w siatkówkę z żyrafą. Grek na sam widok kawałka mięsa w całości dostaje czegoś w rodzaju amoku, musi go posiekać, zmiażdżyć, rozdrobnić, podzielić i podzielić jeszcze raz i jeszcze i jeszcze i pewnie nawet wtedy nie jest zadowolony, ale brakuje mu brzytwy, by w pełni dokończyć dzieła. Dotychczas nie udało mi się dociec, skąd pochodzi ta niszczycielska pasja Greków w stosunku do mięsa, ale wydawało mi się, że już nic nie może mnie w tym względzie zaskoczyć. Myliłem się. W czasie ostatniej wyprawy do Preveza przekonałem się, że w tej materii niczego nie można brać za oczywiste. Powodowani lenistwem zamówiliśmy całego grillowanego kurczaka z dostawą do naszego „apartments”; prezentowały się wspaniale na ruszcie. Pół godziny później odebraliśmy pudełko płaskie jak do pizzy, z kurczakiem podzielonym na cztery kawałki i tak spalonym, jakby wisiał na jakimś greckim płocie w greckim słońcu przez ostatnie sześć tygodni.