Typajon

Przy drodze do Olimpii znajduje się wzniesienie o nazwie Typajon. Leży w odległości dwóch kilometrów na południowy wschód od ruin Olimpii, bywa określane jako klif i jest podobno widoczne z terenu wykopalisk. Kiedyś miało dość wysokie i strome zbocza. Zgodnie z prawem Elejczyków każda kobieta przyłapana w Olimpii podczas igrzysk, miała być stracona przez zrzucenie jej właśnie z tego miejsca – poza dziewicami, których zakaz uczestnictwa w zawodach nie dotyczył. Typajon ma więc nieco ponurą sławę, chociaż absolutnie niezasłużenie, bowiem kroniki nie odnotowują ani jednego przypadku wykonania tej kary. Nic tego nie potwierdza, może poza legendą o Kallipateirze, która podobno przebrana za trenera przedostała się na stadion, by zobaczyć występ swego syna. Jednak i jej, ze względu na wielkie sportowe zasługi jej rodziny, darowano życie.

Zawsze chciałem wspiąć się na Typajon, tyle razy byłem w Olimpii, tak blisko, prawie na rzut kamieniem, i nigdy tam nie dotarłem. Co sprawia, że tak konsekwentnie omijamy miejsca do których pragniemy dotrzeć?

Schinus peruwiański

H. Sienkiewicz w swoich wspomnieniach z pobytu w Atenach pisze: „Wjeżdżałem do miasta koło Akropolu i Olimpijonu, przez bulwar panhelleński, który jest jedną zieloną wstęgą. Pieprzowe drzewa, o jasno-zielonych delikatnych listkach, przypominają wierzby płaczące i nadają tej drodze wiosenny, majowy pozór”. I w innym miejscu: „Główna droga idzie do dworca kolei, leżącego na końcu ulicy Hermesa, ale w pobliżu miasta powóz skręca na prawo i wjeżdżamy na bulwar, wysadzany pieprzowemi drzewami”.

Wymienione wyżej drzewa pieprzowe istotnie można spotkać w Grecji, zwłaszcza w Atenach, jako drzewo ozdobne, ale przede wszystkim zacieniające. Jest to gatunek znany jako Schinus peruwiński (Schinus molle), często określany jako „fałszywe drzewo pieprzowe”. Są to zimozielone drzewa o płaczącym pokroju (istotnie przypominającym naszą wierzbę), osiągające do 10-15 metrów wysokości. Wiosną kwitną na biało i żółto, a jesienią pojawiają się na nich charakterystyczne małe, czerwono-różowe owoce. Liście, jak i owoce wydzielają po roztarciu dość intensywny, pieprzowy aromat. Owoce te są źródłem tzw. różowego pieprzu. Drzewa pieprzowe preferują słoneczne miejsca i są odporne na suszę, co czyni je idealnymi dla klimatu greckiego. Schinus peruwiański jest traktowany w Grecji jako neofit.

Nacja bez narodu

Są Grecy, ale nie ma narodu, napisał Lamartine w „Podróży na Wschód” i chyba nikt i nigdy nie wyraził tego równie trafnie.

Aleksander Wielki po bitwie pod Granikiem rozkazał stracić około 2 tys. greckich najemników walczących po stronie Persji, uznając ich za zdrajców. Zapewne nie rozumieli o co mu chodzi.

Moja Grecja

Antyczne greckie miasta z ich ogołoconymi świątyniami i sanktuariami. Ambrakia. Po jej zdobyciu Rzymianie wywieźli 285 posągów z brązu i 230 marmurowych. Po pokonaniu Perseusza, króla Macedonii, Emiliusz Paulus zdobył tyle dzieł sztuki, że jego wjazd triumfalny w Rzymie trwał przez cały dzień. Jeszcze więcej zrabował Lucjusz Mummiusz w Koryncie, zrównując miasto z ziemią, a do Rzymu wywożąc setki posągów i obrazów. Wellejusz Paterkulus, autor „Historii rzymskiej”, zamieszcza w swoim dziele złośliwą anegdotę o Mummiuszu: „Mummiusz natomiast był tak nieokrzesanym prostakiem, że gdy po zdobyciu Koryntu ogłosił przetarg na przewóz do Italii posagów i obrazów wykonanych rękoma najwybitniejszych mistrzów kazał zapowiedzieć kontrahentom, że w wypadku zniszczenia dzieł będą zmuszeni na ich miejsce zwrócić nowe”.

Grecja to najbardziej i najczęściej ograbiane muzeum świata. Persowie, Rzymianie, Goci, Hunowie, Alamanowie, Frankowie, Alamanowie, Wandale, Herulowie, chrześcijanie, którzy niszczyli wszystko, co antyczne i następnie Turcy, którzy nie ustępowali im w nienawiści do wszystkiego, co greckie. Na początku XIX wieku Ateny były miastem ruin z kilkoma domami u stóp równie zrujnowanego Akropolu i nie liczyły więcej niż kilkuset mieszkańców, brudnych i wygłodzonych, którzy w niczym nie przypominali dumnych Greków z epoki Peryklesa.

Z Grecji nie ostało się nic, co można zwiedzać czy podziwiać – Akropol jest zabytkiem w takim samym sensie jak warszawska Starówka i mniej więcej równie „starym”. Tym, czego Grecji nikt nigdy nie zdołał ukraść jest tylko jej sceneria, bajeczny pejzaż wyśniony niegdyś przez bogów.

A jednak zawsze wybieram tę ograbioną Grecję. Wiem, to irracjonalne.  

Erynie i wymiar sprawiedliwości

Mitologiczny matkobójca Orestes. Starożytna Grecja nie znała zbrodni bardziej ohydnej i niewybaczalnej niż matkobójstwo. Zgodnie z tradycją Orestes powinien był więc zostać zaszczuty na śmierć przez erynie, boginie zemsty i kary, zwane też z enigmatycznych powodów Eumenidami, czyli Życzliwymi. Ale w tym przypadku nic takiego nie ma jednak miejsca, jak wiemy, bowiem na wskutek ostrej interwencji Apolla, ministra olimpijskiej dyplomacji, Orestes został uniewinniony od tego przerażającego czynu i erynie, pokornie podkuliwszy swoje sucze ogony, posłusznie odstępują od wykonania zwykłych dla nich obowiązków. Jest to typowy przykład ingerencji w wymiar sprawiedliwości w wydaniu starożytnym, erynie zostają tym samym zlekceważone i zmanipulowane, zalecono im zastosowanie taryfy ulgowej wobec zbrodniarza, Apollo groźnie pokiwał wskazującym paluchem i zmarszczył brwi. Posłusznie wypełniły jego wolę, choć – dla zachowania pozorów – podaje się gdzieniegdzie, iż uczyniły to wyjątkowo niechętnie. Precedens został już jednak ustanowiony. Zakres naszej ludzkiej wolności powiększył się o możliwość bezkarnego mordowania własnych matek, gdy tylko wymagają tego względy polityczne. Dowiedzieliśmy się też, że nawet erynie są przekupne. Ot, boskie marionetki. Od tego incydentu zresztą te odziane na czarno staruchy o wężowych splotach na głowach, dzierżące w rękach pochodnie i bat, przestają być straszne, tracą cały autorytet i powoli rozpływają się w mitycznych mrokach.

Dla Rzymian ojcobójstwo lub matkobójstwo również było czynem niewiarygodnym i przerażającym, choć ich furie, wzorowane zresztą na greckich eryniach, nigdy nie miały aż takiego znaczenia. Rzymianie za takie czyny mieli inny rodzaj kary. Była to tzw. kara worka, poena cullei. Polegała ona na zaszyciu skazanego w skórzanym worku wraz ze zwierzętami (pies, kogut, małpa i wąż) i wrzuceniu worka do morza. Według Plutarcha w pierwszych sześciu wiekach istnienia Rzymu podobne zdarzenie nigdy jednak nie miało miejsca. Poena cullei było nie tyle może karą, co przede wszystkim aktem oczyszczenia, który miał uwolnić lokalną społeczność od skazy, jaką zabójca ściągnął na wszystkich swą zbrodnią. Nie była stosowana zbyt często i nawet niechętnie o tym mówiono, ale pamięć o tej karze jeszcze długo była żywa. Ciekawe zdarzenie miało miejsce po zamordowaniu przez Nerona swojej matki, Agryppiny. Mieszkańcy Rzymu dali wówczas wyraz swemu oburzeniu: tłum w nocy zarzucił worek na pomnik cesarza. Była to aż wyraźna aluzja do tego, jak powinien być ukarany.

Memnon i inni

Memnon, Grek z Rodos, kondotier późnego okresu Achemenidów. Wielu historyków ceni go i wychwala twierdząc, że był nie mniej zdolnym strategiem niż Aleksander i że gdyby nie jego nieoczekiwana i przedwczesna śmierć, historia tej części świata mogłaby potoczyć się całkiem inaczej. Możliwe, historia jak wiadomo zawsze może potoczyć się inaczej, i możliwe również, że Memnon był wyjątkowo zdolnym wodzem – różnica między nimi polegała jednak na tym, że Aleksander był człowiekiem wolnym, a Memnon, mimo jego niezaprzeczalnych talentów, miał mentalność wasala. Tacy ludzie są zdolni wygrywać bitwy, ale nie podbijać świat. Nie stawiałbym go w jednym rzędzie z Aleksandrem.

Plateje, Maraton, wszyscy znamy te słynne i zwycięskie bitwy Greków, ale niewielu z nas wie, że walczyli w nich po stronie perskiej greccy najemnicy z Karii i Jonii. I nikogo to w tamtej epoce nie dziwiło i nie oburzało. Grecy od dawien dawna dostarczali zaciężnych, i choć greccy kondotierowie pochodzili głównie ze Sparty – Klearch czy Agesilaos cieszyli się niezmierną popularnością i sławą – to zjawisko to dotyczyło właściwie całej Hellady, a więc i Greków z wysp, z północnej Grecji, z Macedonii, z Tracji, a nawet z odległych małoazjatyckich osad. Przedsiębiorstwa werbujące żołnierzy już w tamtych czasach nie były niczym wyjątkowym. Żołnierka zaciężna stanowiła obok handlu drugie główne zajęcie zarobkowe Greków i miała nim pozostać jeszcze długo, bo aż do IV wieku po Chrystusie.

Aleksander Wielki usiłował zmienić ten stan rzeczy. Po bitwie pod Granikiem zgodził się co prawda na to, by pogrzebano także zabitych greckich najemników, którzy walczyli po stronie Persów, ale tych, którzy poddali się, a spora ich część rekrutowała się z Ateńczyków, zakutych w kajdany wysłał do Macedonii na roboty, bowiem wbrew wspólnej uchwale Greków (uchwała Związku Korynckiego) walczyli po stronie nieprzyjaciela. Flawiusz Arrian pisze: Natomiast posłom helleńskim, którzy w imieniu wszystkich najemników prosili o zawarcie z nimi ugody, odpowiedział, że nie zawrze z nimi żadnego układu, gdyż dopuścili się wielkiej zdrady, wstępując do wojska barbarzyńskiego przeciwko Grecji wbrew uchwałom Hellenów. Niestety, po śmierci Aleksandra wszystko powróciło do poprzedniego stanu – zaciekle walczący ze sobą diadochowie potrzebowali każdej ilości najemników, więc przez kolejnych czterdzieści lat Grecy z upodobaniem wyrzynali się głównie nawzajem.

Acedia

Acedia. Jeszcze jedno pojęcie z czysto greckim rodowodem, jak zresztą niemal wszystkie pojęcia, które odnoszą się do naszej psychiki, łącznie z samym pojęciem ψυχή. Grecy nas wymyślili. Akēdíaakedeía to brak troski o własny byt, o swoje istnienie, obojętność, od słowa kēdía (troska) lub według Galena aciditas, a więc melancholia. Acedia to choroba duszy objawiająca się apatią, niemożnością zaznania spokoju i dekoncentracją, znana w tradycji chrześcijańskiej od czasów ojców pustyni, wśród których była zjawiskiem dość powszechnym. Jeden z nich, Jan Kasjan, określa acedię słowem taedium, przesyt, co wydaje się być wyjątkowo celnym spostrzeżeniem.

Acedia to przygnębienie, smutek, brak motywacji do działania, brak zaangażowania i nadziei, zniechęcenie, wyczerpanie, zobojętnienie, wrażenie duchowej pustki. Jest to paraliżująca niezdolność do bycia tu i teraz i zajmowania się swoim aktualnym życiem. Kasjan dodaje, że charakterystyczną cechą acedii jest tzw. horror loci, czyli niechęć do miejsca, w którym się obecnie znajdujemy oraz czynności, którym musimy się oddawać – kiedy się pracuje, najchętniej nic by się nie robiło; kiedy się nie pracuje, odczuwa się bezbrzeżną nudę. Dante ludzi obciążonych grzechem acedii, bo Kościół uznawał ją za grzech, skazał na cierpienia w piątym kręgu piekieł, smolistym, nudnym i pogrążonym w chaosie. Dzisiaj, gdy wielu ludzi zmaga się z poczuciem pustki, niespełnienia, niechęci, odczuwa smutek, przygnębienie, niezadowolenie z wykonywanej pracy, rozczarowanie i brak motywacji do działania, acedia zaczyna powoli awansować do jednej z wielu chorób cywilizacyjnych. I tak oto historia raz jeszcze zatacza krąg – od choroby pierwszych pustelników do pospolitej przypadłości dekadentów.

Niegrecka Grecja

Ilekroć zdarzyło mi się pojechać gdzieś na wakacje, ale nie do Grecji, zawsze żałowałem mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce. Czułem się jak ktoś, kto popełnił niewybaczalny błąd lub zgoła przestępstwo. W zeszłym roku postanowiłem zaprzestać eksperymentów i tradycyjnie wybrałem się do Grecji, ale dla odmiany do Grecji północnej, gdzie jeszcze nie byłem, do Chalkidiki, dzieląc pobyt między dwa półwyspy, Kasandrę i Sithonię. I zacząłem żałować mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce, bo znów poczułem się tak, jakbym znalazł się gdzieś indziej – odkryłem ze zdumieniem,  że nie jestem w Grecji.

Nie było tam mojej Grecji, Grecji dumnej i surowej, porosłej ciernistą fryganą, wypalonej nimfoleptycznym słońcem, wysmaganej meltemi i saharyjskim piaskiem, niesionym przez sirocco. Nie była to Grecja Peloponezu i Mani, Grecja attycka, Grecja z Krety czy Grecja z wysp morza Egejskiego, Grecja ruin antycznych teatrów, Grecja skruszałych marmurowych kolumn i porażającej jaskrawości słońca. Północna Grecja okazała się być słowiańsko miałka i sielankowa, akwarelowa, pozbawiona właściwych dla niej ostrych, aż raniących konturów. Kolory północnej Grecji są łagodniejsze i stonowane, zapachy bardziej orientalne. Ta Grecja jest niegrecka.  

Ochryda

Kapka Kassabova „W stronę Ochrydy” fascynująca opowieść o ludziach i historii mało dla nas znanego regionu Prespy i Jeziora Ochrydzkiego, dzielonego obecnie przez trzy kraje, Grecję, Macedonię i Albanię. Opowieść o świecie rozdartym i tragicznym, gdzie kotłują się i mieszają różne kultury, różne języki, różne tradycje i od tysięcy lat te same ludzie namiętności: Zawsze myślałam, że jesteśmy tak uwarunkowane jako kobiety – do nękania i bycia nękanymi, do ciągłego życia pod presją, cudzą lub własną. Kiedy jednak spędziłam tu więcej czasu, zrozumiałam, że to coś bardziej uniwersalnego – tak po prostu jest na Wschodzie. Żyje się w zniewoleniu i niewoli się innych. Mężczyźni też są słabi. Spotkałam takich, którzy już po kilku godzinach znajomości zaczynali opowiadać o swoich prywatnych sprawach. Sojusze i przyjaźnie zawiązuje się bardzo szybko. Ale poufałość może zostać potraktowana jako atak. Paranoja i myślenie spiskowe są normą. Ludzie okazują sobie serdeczność i rozsiewają podłe plotki. Wszyscy wtrącają się w cudze sprawy, chociaż nie potrafią zająć się własnymi. Tak dzieje się w społeczeństwach, do których nowoczesność dotarła późno, a zasadą władzy wciąż jest feudalny paternalizm. Nikt nie uczy się samodzielnego życia, więc wszyscy wspierają się na swoich ukochanych – jak na kulach inwalidzkich.

Odysjada 15

Żadna z chrześcijańskich świętych nie została nigdy wystawiona na tak nieludzką pokusę jak Penelopa. Przeżycia świętych histeryczek średniowiecza, zwykle anemicznych i mdłych, w porównaniu z jej doświadczeniem wydają się być naiwne, dziecinne i śmieszne. Penelopa jest dojrzałą i atrakcyjną kobietą, która zmuszona jest żyć w towarzystwie ponad stu młodych i przystojnych mężczyzn, okupujących jej dom przez trzy lata. Która kobieta byłaby całkowicie wolna od jakichkolwiek erotycznych marzeń i myśli? Która zdołałaby oprzeć się pokusie?

Dusza matki Odysa, spotkana w Hadesie, opowiada mu o wierności Penelopy, ale Odys wie już o zdradzie Klitajmestry, zna los Agamemnona. Jest ostrożny, nie dowierza nikomu, do domu wraca w przebraniu, zręcznie zmieniony przez olimpijską wizażystkę, Atenę, i nie jest do końca pewny lojalności swojej żony. Odys nie ufa nikomu. Penelopa wie przecież o jego rozlicznych zdradach, o jego boskich kochankach, plotkuje o tym cała Grecja, sam chwalił się tym na każdej wyspie, gdzie tylko rzucił go kaprys bogów. Jest świadom tego, że tej grze to Penelopa będzie rozdawać karty – może udawać, że go nie rozpoznaje, może potraktować jak zwykłego oszusta, może zakwestionować jego prawdziwość, może zemścić się podburzając na niego zalotników. Duch Agamemnona wychwala Penelopę nie za to, że była wierna, lecz za to, że nie zabiła Odyseusza. To szalona różnica. Duch Agamemnona wie, że mogła to zrobić, mogła to zrobić łatwiej niż przyszło to Klitajmestrze, która zabiła jego. Penelopa mogła bowiem dokonać tego rękoma innych ludzi.  

Ponad stu młodych i przystojnych mężczyzn, przez trzy lata, dniem i nocą. I Penelopa, może nie tak bosko piękna jak jej kuzynka Helena, ale w pełnym rozkwicie kobiecości, urodziwa i na pewno godna pożądania. Tak ponętna i godna pożądania, że po śmierci Odysa zostaje żoną Telegonosa, który jest synem jej męża i Kirke. Penelopa, wówczas zapewne już prawie czterdziestoletnia, poślubia więc człowieka młodszego nawet niż jej własny syn.

Thomas Coryat

Ciekawa, zapomniana postać. Thomas Coryat, urodzony w drugiej połowie 16-go wieku, w Crewkerne, Somerset. W 1608 udał się w pięciomiesięczną podróż edukacyjną po zachodniej Europie, odwiedzając tereny dzisiejszej Francji, Włoch, Niemiec, Holandii i Szwajcarii. Swoje wspomnienia spisał następnie w Coryat’s Crudities: Hastily gobled up in Five Moneth’s Travels. Zawarł w tej pracy sporo bystrych obserwacji o działalności tzw. szkoły weneckiej, jednego z najbardziej postępowych ruchów muzycznych w ówczesnej Europie, ale także o zwyczaju używania widelca w czasie jedzenia, zaobserwowanym we Włoszech, dokładny opis parasola i pełną historię Wilhelma Tella, dotychczas w Anglii nieznaną. Wyprawę odbył w większej części pieszo, a po powrocie swoje obuwie powiesił w kościele w Odcombe, gdzie pastorem był jego ojciec. Podczas kolejnej podróży zwiedził Palestynę, Grecję, Turcję z Konstantynopolem, Mezopotamię i Persję, docierając w końcu do Indii Wielkich Mongołów. Zmarł na dyzenterię w Suracie w 1617 roku.

Coryat był protoplastą słynnych Grand Tour, podróży w jakie wyruszali młodzi arystokraci i intelektualiści europejscy, by dokształcić się, zdobyć wiedzy o świecie i kulturze, poszerzyć swoje horyzonty myślowe, wyrobić gust artystyczny i nabrać dobrych manier. Grand Tour stał się potem niemal podstawą edukacji młodych Anglików z wyższych klas aż po schyłek XIX wieku.

Europejska solidarność

Europejska solidarność w kwestii sankcji wobec Rosji? Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy i Belgia domagają się, aby na szczeblu krajowym była możliwość odmrożenia zamrożonych aktywów osób z list sankcyjnych, jeżeli te osoby mają udziały w branży rolniczej, czyli proponują wykreślenie z list sankcyjnych ponad 1,5 tys. osób i podmiotów, oligarchów i zbrodniarzy. Część krajów zaprotestowała przeciwko tej jawnej zdradzie, ale Grecja, Szwecja i Węgry jednoznacznie stoją po stronie sowieckich bandytów. Z listy objętych sankcjami surowców energetycznych, na prośbę Grecji, wykreślony został sprężony gaz ziemny, gaz powstający w procesie przetwórstwa ropy naftowej, który odpowiada on za jedną czwartą wolumenu gazu, który jest objęty zakazem importu z Rosji. Węgrzy wnieśli na ostatnim unijnym spotkaniu o wykreślenie z listy sankcyjnej trzech członków rosyjskiego rządu, w tym ministra energii Rosji. Tradycyjnie dwulicowa Szwecja, powołując się na konieczność ochrony wolności mediów (sic!), jakby w Szwecji istniała jakakolwiek wolność mediów, wykreśliła z listy sankcyjnej Federalną Służbę ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej, tzw. Roskomnadzor. Żeby wszystko było jasne – jest to rosyjski federalny organ wykonawczy odpowiedzialny za monitorowanie, kontrolowanie i … uwaga, cenzurowanie rosyjskich środków masowego przekazu. „Ukraińska Prawda” ujawniła dziś, że wielu osób z rosyjskich elit oficjalnie pomieszkuje w Wiedniu, w żywe oczy kpiąc z zachodnich sankcji. Wśród spacerowiczów po wiedeńskich ulicach, w obstawie goryli, jest między innymi Wiktor Zubkow, były premier Rosji, a na otwarcie sezonu w mediolańskiej La Scali wystawiono dzieło Musorgskiego „Borys Godunow” z Ildarem Abdrazakovem w roli głównej, odznaczonym przez Putina tytułem „Czczony Artysta Federacji Rosyjskiej”. Europejska solidarność umacnia się z dnia na dzień.

Uwertura

Rozgrywka między Perdikkasem a Meleagrem po śmierci Aleksandra Wielkiego. Stronnicy Meleagra, głównie piechota, oddziały pedzetajrów, zostają zwabieni w pułapkę, przy jego biernym współudziale zresztą, trzystu z nich wyłapano i rzucono słoniom, by stratowały ich na śmierć. Była to pierwsza tego typu w świecie greckim publiczna egzekucja, zapowiadająca wszystko to, co nastąpiło potem i trwało, z drobnymi interwałami wymuszonego spokoju, czterdzieści lat. Ponura uwertura do hellenizmu.

Kolegium Dionizosa

Ateńskie stowarzyszenie artystów dionizyjskich, Kolegium Dionizosa, albo Związek Artystów Dionizosa, to organizacja, która kontraktowała aktorów do odgrywania sztuk w całym starożytnym świecie greckim, a był to świat, gdzie niemal każde miasto i miasteczko uznawało za punkt honoru posiadanie własnego teatru. Teatrów w dawnej Grecji nie brakowało, o czym jeszcze i dziś świadczą setki ich ruin. Jednak tylko najbogatsze miasta mogły sobie pozwolić na posiadanie własnych zespołów aktorskich. Kolegium Dionizosa (istniało nie tylko w Atenach, także w starym jońskim mieście Teos i w Pergamonie) można więc uznać za pierwsze w dziejach stowarzyszenie aktorów, choć jednocześnie spełniało też rolę czegoś w rodzaju związku zawodowego. Członkostwo w tej organizacji, która rozsyłała zrzeszonych w niej artystów w najdalsze zakątki greckiego świata, a był to bez mała cały ówczesny świat, gwarantowało sporo przywilejów: całkowicie zwalniało z płacenia podatków oraz obowiązku odbywania służby wojskowej, zarówno na lądzie jak morzu, zapewniało nietykalność osobistą na terenie całej Grecji, i możliwość swobodnego przekraczania granic. Artyści otrzymywali w ten sposób bardzo specjalny status i ochronę. Kolegium Dionizosa zajmowało się ponadto – i ta jego funkcja jest być może najbardziej ważka – publikowaniem, rozpowszechnianiem i zachowywaniem tekstów dramaturgów. Występowało więc jednocześnie w roli wydawnictwa, biblioteki i dystrybutora dzieł teatralnych. Wszystko to miało miejsce drobne dwa tysiące pięćset lat temu. Zaledwie wczoraj.

Dom

Szalenie małe, zwykle wąskie, pozbawione okien pokoje antycznych domów, które tyle razy, zawsze z pewnym rozczarowaniem, obserwowałem przy zwiedzaniu ruin dawnych greckich miast. W pewien sposób czułem się zawiedziony, że były to ciasne klatki, przypominające staropolskie świronki raczej niż sypialnie czy pokoje dzienne. Zadawałem sobie pytanie, jak oni mogli w tym mieszkać. I wydawało mi się to niemożliwe. Mogli. W tamtych czasach nie budowano domów, oikos, zgodnie z zasadami planowania przestrzennego, stawiano je obok już istniejących, czyli tam, gdzie było miejsce. Jeszcze i dziś jest to widoczne w wielu krajach południa. Ulice dzielnic mieszkalnych także nie prezentowały się lepiej. Musiały być wąskie, kręte i zapewne cuchnące – wylewanie nieczystości za próg domostwa należało do naturalnych i powszechnych praktyk. Domy ludzi bogatych, wielkie, przestronne budynki z obszernymi perystylami, otoczone portykami, ogrodami i fontannami, wznoszono na peryferiach miast, w miejscach szczególnie atrakcyjnych. Później będą je kopiować Rzymianie, choć już w wersji znacznie bogatszej, budowane z nieporównywalnie większym rozmachem i smakiem. Te żałośnie małe klatki, których resztki oglądamy, gdy zwiedzamy Kamiros, Delos, Priene czy którekolwiek inne ze starogreckich miast, są jednak prawdziwe, najprawdziwsze, bowiem takie właśnie były. Ruiny nie kłamią. Dom nie zawsze znaczył to samo i nie pod każdym niebem. Antyczni Grecy nie znali domu w naszym rozumieniu tego słowa, jako miejsca do mieszkania, miejsca przyjemnego pobytu, miejsca w którym przebywamy chętnie i często, miejsca w którym spędzamy znaczną część naszego dnia. Oni spędzali całe dnie w mieście, wśród gwaru i rozgardiaszu agory, na schodach świątyń, w cieniu portyków, w palestrach i stoach, w gimnazjonach, w warsztacie lub nad brzegiem morza, zajęci jakimiś obywatelskimi czynnościami lub po prostu rozrywką. To również, do pewnego stopnia, przetrwało. Grecy, jak wszystkie społeczności Morza Śródziemnego, wciąż chętnie żyją na ulicy, w kawiarni, w tawernie, w porcie, na rynku. Tam żyje się na zewnątrz.

Syngrapheus

Ryszard Kapuściński „Lapidaria IV – VI”:  Byłoby trudno, a może nawet niewłaściwie, pominąć słowo syngrapheus, ponieważ znaczy ono po grecku – pisarz. Ale jego sens jest inny niż we francuskim, w którym wskazuje ono tylko na akt (czynność) pisania. Natomiast po grecku syngrapheus znaczy „pisać z”. Niewątpliwie zapytacie – z kim lub z czym? Myślę, że przede wszystkim z potencjalnym czytelnikiem, ale również z tymi, którzy otaczają piszącego. Słowo to zakłada, że pisanie nie jest aktem samotniczym, zakłada ono istnienie społeczności, w której środowisku się pisze. Określenie francuskie mówi nam: pisać to kreślić słowa. Natomiast słowo greckie mówi – pisać to kreślić słowa dla innych, samemu będąc pośród innych.

Grecja i Rzym

Idea polis nieodwołalnie zdefiniowała myślenie Greków. Wszystkie ich wizje, może poza tą, którą próbował wprowadzić w życie Aleksander Macedoński, nie wychodzą poza ten stereotyp. Jeżeli pojawiają się jakieś odstępstwa i różnice, to są one czysto ilościowe. Jakość tych wizji nie ulega zmianie, zawsze chodzi o polis, tylko w różnych formach. Nawet w epoce hellenistycznej, gdy diadochowie brutalnie wydzierają ze spuścizny po Aleksandrze swoje królestwa, są to w gruncie rzeczy tylko polis, z nimi, jako tyranami, w tradycyjnym, greckim tego słowa znaczeniu, na czele. Przyglądając się temu odnosi się nieodparte wrażenie, że Rzymianie z ich etosem byli logiczną alternatywą dziejów – tylko oni byli w stanie stworzyć cywilizację. Bez wątpienia Grecja to kultura, ale cywilizacja to Rzym. Kultura to sztuka, książki, systemy religijne i filozoficzne, cywilizacja to prawa i bezpieczne drogi, czystość miejskich ulic i latarnie, które rozjaśniają nam noc, to porządek i ład społeczny, to skuteczne mechanizmy, przeciwdziałające niesprawiedliwości i zastraszeniu. Cywilizacja otwiera na innych, łagodzi napięcia i różnice, kultura natomiast akcentuje głównie odrębność i partykularne osiągnięcia danej wspólnoty. Paradygmatem cywilizacji jest i będzie dla mnie Rzym.

Kairos

Greckie καιρός, kairos, słowo oznaczające punkt zwrotny w życiu, odpowiedni moment, kryzys, zmuszający nas do podjęcia decyzji, która może radykalnie odmienić bieg zdarzeń lub nasz los. Określenie kryzys posiada tu identyczne znaczenie jak w chińskim ideogramie tego słowa, które jest kombinacją dwóch znaczeń: „zagrożenie” i „szansa”. W języku chińskim nie ma jednolitego pojęcia „kryzys”. Wyraża się je natomiast przez dwa znaki opisujące: lewym — „niebezpieczeństwo” oraz prawym — „szansa”. Kryzys rozumiany jest więc jako przełom, po którym następuje zmiana. Pewien stan rzeczy załamuje się, wyłania się nowa jakość. Greckie kairos ma identyczne znaczenie. Ale istnieje także Kairos, łaciński Caerus, czyli bożek szczęśliwego zbiegu okoliczności, szczęśliwego momentu lub wręcz przeciwnie – niewykorzystanej szansy. Człowiek, którego Kairos mijał, miał jedynie krótką chwilę, ledwo mgnienie oka, aby go pochwycić, a wraz z nim swoją niepowtarzalną szansę. Kairos przedstawiany bywał – nieco na podobieństwo Hermesa w jego oskrzydlonym kapeluszu petasos i w sandałach wyposażonych w skrzydła – jako młodzieniec ze skrzydłami na plecach i przy stopach. Skrzydła miały symbolizować przemijający czas. W jednym ręku trzyma brzytwę, na której zawieszony jest poprzeczny drążek wagi o dwóch szalkach. Drugą ręką naciska na jedną z tych szalek, jakby sugerował, że szansa ta będzie trwała nieskończenie krótko. Brzytwa podpowiada zaś, że w życiu wszystko może zmienić się nagle – w tym i samo życie może zostać nagle przecięte. Kairos ma też interesującą fryzurę: długa grzywka z przodu, a reszta głowy łysa. Tłumaczy się to jako podsumowanie życiowej filozofii: szczęśliwy zbieg okoliczności, szansa pojawia się tylko na chwilę, a gdy minie, nikt już nie zdoła jej pochwycić. Catch the chance. Drugiej nie będzie. Kairos już cię mija.

Grecja

Nie istnieje tylko jedna Grecja. Każdy naród, konfrontując się z klasyczną Grecją, szuka w niej swego własnego odbicia. Istnieje więc wiele Grecji. Istnieje Grecja angielska, miłość bez cienia ostentacji, Grecja francuska, przesycona tęsknotą za Moreą, Grecja niemiecka, edle Einfalt, und eine stille Größe, Grecja amerykańska, radosna i wodewilowa, Grecja Polska, Grecja Włoska i wszystkie one bardzo różnią się od siebie. Grecja to nie tyle kraj, co pojęcie.

Gortyna

Ruiny starożytnej Gortyny na Krecie. Dotarliśmy tam w samo południe, temperatura dochodziła do trzydziestu ośmiu stopni, mózg gotował się pod termitierą czaszki. Nadaremnie usiłowałem przypomnieć sobie imiona synów Dedala i pewnej Gortynianki bez imienia, którzy według legendy jako pierwsi zaczęli rzeźbić w marmurze. Wspomina o nich Pauzaniasz. Byli to Dopojnos i Skyllis.

Dżungla

J. Seferis: Nasz życie publiczne to dżungla, w której wszyscy nawzajem się eksterminują: podstępem, oszczerstwem, tchórzostwem, bezwstydnością. Ci ludzie sprawiają, że czujesz się tak, jakbyś żuł mgłę. Słowa, które znakomicie pasują do obecnej sytuacji w Polsce. Można by sądzić, że zostały napisane z myślą o Polsce, choć dotyczą Grecji.

Mojry

Mojry, boginie przeznaczenia i losu, to Kloto, Lachesis i Atropos. To one przędą nić ludzkiego życia. Kloto, Prządka, rozpoczyna nić życia, Lachesis, Udzielająca, snuje ją, a Atropos, Nieodwracalna, ucina. Przedstawiano je jako kobiety bardzo stare, o pomarszczonych, pooranych bruzdami głębokich zmarszczek twarzach, srebrnych włosach, związanych z tyłu głowy białymi wstążkami i przeraźliwie chudych ramionach wystających spod sukien z bielonego płótna. Ich woli musieli być posłuszni zarówno ludzie jak i bogowie. Spotkaliśmy je w Areopolis na Mani. Dwie z nich były bardzo młode i urodziwe, trzecia, nieco starsza, miała spokojną, łagodną twarz i ujmujący uśmiech. Były bez reszty zajęte dzieckiem leżącym w wózku. Tawerna, którą prowadziły nazywała się „Mojry”. Coś, co może zdarzyć się tylko w Grecji.

Milet

Milet. Tales, Anaksymenes, Anaksymander, ale również Arystydes, twórca noweli, autor nie zachowanego, niestety, zbioru frywolnych opowiadań erotycznych Opowieści milezyjskie, które wywarły wpływ na twórczość Petroniusza i Apulejusza. A więc Milet, jońscy filozofowie przyrody, podstawy geometrii, ale i olisbos, bo Milet znany był z produkcji i eksportu na całą grecką oikumene sztucznych fallusów, bardzo wówczas cenionych ze względu na ich wysoką jakość. Wykonywano je tu w wielu wariantach, z kamienia, drewna, wygarbowanej skóry, a docierały nie tylko do zamożnych miast Pontu, ale i do najodleglejszych wsi i miasteczek Peloponezu. Milet. Ruiny starożytnego amfiteatru, i drugi, odległy amfiteatr, kolista linia wzgórz, otaczających Milet niczym wysokie i wygodne ławy na których zasiadali antyczni bogowie, obserwując nasze dramaty i komedie. Dzień był pochmurny, ciepły, przesycony wilgocią, milezyjski. Nasz umysł jest przekorny.

Fiskardo

Fiskardo na Kefalonii, zaciszne i trochę senne. Spowite w sinawej mgle królestwo Odysa, Itaka, blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Tak je pamiętam. Dawna nazwa Viscardo, na cześć normandzkiego rozbójnika Roberta Guiscarda, którego imię powtarza się niczym złowieszczy sen przez większość stron „Aleksjady” Anny Komneny. Ten pyszałkowaty, próżny i pozbawiony skrupułów potomek zromanizowanych wikingów uważał się za pretendenta do tronu w Konstantynopolu i na pieczęciach chętnie przedstawiał się w stroju imperatora. Umarł w Fiskardo, prawdopodobnie z powodu zarazy, w roku 1085, w trakcie ostatecznych przygotowań do podboju Bizancjum. Słowo guiscard (fr.) lub  viscard (norm.) bywa interpretowane jako: rozważny, chytry, przebiegły, zręczny. Nomen omen, temu konkwistadorowi XI wieku rzeczywiście nie brakowało ani chytrości ani przebiegłości.

Koturny

Koturny. Buty na bardzo wysokich obcasach, których podeszwy robiono z kilku warstw twardej, wyprawionej skóry, używane w starożytnym teatrze greckim. Posiadały bardzo praktyczną funkcję – dzięki temu „podwyższeniu” aktorzy stawali się lepiej widoczni nawet z ostatnich rzędów amfiteatru. Charakterystyczne dla tego buta jest to, że nadawał się na obie nogi. Stąd już w starożytności określenie „koturn” często było przydomkiem ludzi niezdecydowanych i chwiejnych, ale przede wszystkim dwulicowych.

Greckie lasy

W greckiej poezji epickiej i lirycznej las jest integralną częścią krajobrazu. Lasy porastają pasma górskie i wyspy, sąsiadują z łąkami i pastwiskami na wzgórzach i równinach. W poematach Homera nie brakuje podobnych przedstawień. W Iliadzie są to przeważnie lasy górskie, w Odysei częściej mówi się o porośniętych lasem wyspach oraz świętych gajach. Atena wymienia, wśród innych walorów Itaki, jej bujne lasy, gdy pod postacią młodego pasterza ukazuje się Odysowi i wygłasza pochwałę jego wyspy. W czasach Homera Grecja była lesista, zamieszkiwały ją lwy, niedźwiedzie, wilki, dziki. Trudno to sobie wyobrazić, jeżeli znamy Grecję taką, jaka jest dzisiaj. Dzisiejsza Grecja jest skalista, łysa, porośniętą kosodrzewiną i niskim jałowcem. Czytając „Aleksjadę” Anny Komneny, obserwując niszczycielski szał z jakim Persowie, Rzymianie, Wenecjanie, Genueńczycy, Łacinnicy, Bizantyńczycy, Turcy, wszystkie nacje, które walczyły o dominację w regionie Morza Egejskiego i Jońskiego, przemieniali greckie drzewa, zwłaszcza jodły i strzeliste dęby, w monery, triery, pentery, poliery, w dromony, liburyny, galery, w dziesiątki, a potem setki tysięcy statków i łodzi, zaczynam rozumieć, dlaczego przybrzeżne regiony Grecji i jej wyspy są skalistym pustkowiem pokrytym fryganą, niską i suchą, garigiem lub poduchowatymi, wydzielającymi silny aromat olejków eterycznych, krzewinami makii. Usunięte, wytrzebione lasy zabliźniają się właśnie makią. Bujne, greckie lasy spoczywają na dnie mórz.

 

The same story

„Wywiady z historią” Oriany Fallaci. Ostatni z nich w tym zbiorze dotyczy Aleksandrosa Panagulisa, greckiego poety i polityka, który po zamachu stanu z 21 kwietnia 1967 sprzeciwił się wojskowemu reżimowi Jeorjosa Papadopulosa i założył organizację Grecki Ruch Oporu. Po niefortunnym zamachu na życie Papadopulosa został aresztowany i początkowo skazany na karę śmierci, którą jednak wstrzymano pod wpływem światowej opinii publicznej. Został jednak przeniesiony do okrytego złą sławą więzienia Boiati. Tam był przez długi czas poddawany okrutnym torturom fizycznym i psychicznym. Dzięki amnestii odzyskuje wolność w sierpniu 1973. Wywiad z nim pochodzi z tego okresu. Nieco później Panagulis zostaje towarzyszem życia Oriany Fallaci. W notatkach do wywiadu Oriana Fallaci wspomina o problemach Alekosa, gdy decydował się on na emigrację i zaczął czynić starania o uzyskanie paszportu. Czas mijał, przeszkody tylko mnożyły się, zawsze czegoś brakowało, wciąż pojawiały się jakieś nowe komplikacje i wydawało się, że szanse na uzyskanie paszportu i zgody na opuszczenie kraju maleją z każdym dniem. W końcu, kiedy był już bliski rezygnacji, nieoczekiwanie dowiaduje się, że przyznano mu paszport. Wreszcie mogli razem wylecieć samolotem Alitalii do Rzymu. W tym miejscu Fallaci pisze: Ale nawet wylot nie był cywilizowany. Po przejściu przez odprawę celną, policję graniczną, rewizję, weszliśmy do poczekalni i natychmiast otoczyła nas prowokatorska chmara policjantów w cywilu. Później zapowiedziano lot i dotarliśmy do bramki numer dwa. Podaliśmy nasze karty pokładowe. Odepchnięto nas do tyłu. „Dlaczego?”, zapytał Alekos. Milczenie. „Mamy ważne paszporty i ważne karty pokładowe i dopełniliśmy wszystkich formalności”. Milczenie. Wszyscy inni pasażerowie przeszli, wsiedli do autobusu, wysiedli z autobusu, weszli na pokład samolotu. Samolot czekał tylko na nas. A my nie mogliśmy nawet zbliżyć się do schodków. Co gorsza, nie podawano nam żadnego wyjaśnienia, nie dawano go również pracownikom Alitalii, którzy eskortowali nas, jak VIP-ów. Dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć, trzydzieści … Nie rozumiałam, dlaczego po trzydziestu minutach pozwolono nam wejść na pokład. Może ktoś zadzwonił do szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Może ten powiadomił Papadopulosa i Papadopulos zdecydował, że nie warto było, również na arenie międzynarodowej, popełniać błędu, zakazując mu w ostatniej chwili lotu. Ale nie zrozumiałam też czego innego: nie zrozumiałam, czemu po zamknięciu drzwi samolot stał nieruchomo na pasie startowym przez kolejne czterdzieści minut. Tego dnia nie było problemów z wieżą kontrolną. Było tylko wielkie zakłopotanie na pokładzie.

Czytając te słowa raz jeszcze przeżyłem cały koszmar naszego własnego doświadczenia przy opuszczaniu kraju. Po wielu miesiącach starań o paszport, po dziesiątkach wizyt w Biurze Paszportowym, po przesłuchaniach, beznadziejnie głupich rozmowach z istotami o poziomie intelektualnym kleszczy, po rozmaitych zabiegach i formalnościach, które generowały tylko następne i kolejne, wreszcie pewnego dnia otrzymaliśmy paszporty. Wyjeżdżaliśmy z Polski drogą morską, promem ze Świnoujścia do Ystad. Dotarliśmy do przystani promowej dość wcześnie tamtego dnia. Do odpłynięcia promu, o dwudziestej drugiej, mieliśmy sporo czasu. Był dokładnie 21 marca 1983 roku, pogoda zgniła, zimna i chmurna, o spacerze nie było mowy. Nie bardzo już pamiętam, jak spędziliśmy ten czas, pewnie czekając w jakiejś kawiarni, istniała taka  naprzeciwko dworca kolejowego, w sąsiedztwie terminalu. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero podczas odprawy celnej. Długo i z zainteresowaniem przyglądano się naszym dziwnie „chudym”, bo zaledwie kilkustronicowym paszportom, ważnym tylko w jedną stronę. Bagaż mieliśmy dość skromny, zaledwie dwie, średniej wielkości walizki. Zostały natychmiast wypatroszone, wszystko wylądowało na stołach, sprawdzano sztuka po sztuce, badając centymetr po centymetrze. Nie znaleziono nic, naturalnie, ale asystujących przeszukaniu milicjantów w cywilu zainteresował plik moich prywatnych listów. Te zostały radośnie i triumfalnie skonfiskowane. Potem przeszliśmy rewizję osobistą. Najpierw K., a potem przyszła kolej na mnie. Naszemu synowi, wówczas sześcioletniemu, ta upokarzająca procedura została oszczędzona, choć przez moment wydawało się, że nie uniknie tego i on. Otóż, jeden z esbeków, nerwowy i spocony, raptem zerwał mu z głowy jego czapkę z pomponem. Mały okazał jednak odwagę lwa. „Oddaj mi natychmiast moją czapkę, tumanie!” krzyknął i skoczył do przodu. Esbek, straciwszy na moment rezon, opuścił dłoń w której trzymał jego czapkę, a nasz mały lew błyskawicznie wyrwał ją i z mocą założył sobie na głowę, wciągając ją niemal aż po wysokość nosa. Przygotowałem się na najgorsze, ale na szczęście nie było to konieczne. Ujęła się za nim jedna z celniczek, tęga, postawna kobieta w średnim wieku. Zdecydowanie odciągnęła esbeków na bok, przez chwilę prowadzili tam ożywioną dyskusję, ale rewizja została zakończona. Tylko rewizja. Nie pozwolono nam bowiem, śladem innych pasażerów, skierować się w stronę życzliwie opuszczonego trapu. Byliśmy zmuszeni upchnąć w pośpiechu w walizkach nasze rzeczy i przejść kilkadziesiąt metrów dalej, do sporego pomieszczenia z oknami wychodzącymi na nadbrzeże, gdzie przy samotnym biurku siedział jakiś smutny kapral. Pozostawiano nas tam bez słowa wyjaśnień. Czas mijał, widzieliśmy kolejnych pasażerów wchodzących po trapie na prom, trwało jakieś gorączkowe ożywienie na źle oświetlonym kaju, burzliwe rozmowy między załogą a esbekami. Dochodziła godzina dwudziesta druga, czas odjazdu promu. Kilka minut później do pokoju weszła spora grupa milicjantów i kilku ponurych typów w cywilu. Jeden z nich poinformował oschle, że K. i „lwiątko” mogą udać się na prom. K. zaprotestowała stanowczo, ani myślała zostawiać mnie samego. Przekonałem ją, jak umiałem w tym momencie najspokojniej, by skorzystała jednak z tej szansy. Pragnąłem, by chociaż oni byli bezpieczni i po drugiej stronie. W końcu, nie bez oporów i wątpliwości, ale dała się przekonać. Wiem, że podjęła tę decyzję tylko i wyłącznie ze względu na naszego syna. Jeden z policjantów pomógł jej zabierając najcięższą z naszych walizek, choć nie bez oznak wyraźnej dezaprobaty ze strony kolegów. Widziałem przez okno, że dalej, już na trapie pomogli jej ludzie z załogi. Dla mnie natomiast zaczęła się najbardziej absurdalna część tej farsy. Nagle pojawił się kostyczny milicjant w randze majora. W ręku trzymał plik skonfiskowanej mi korespondencji. Zajął miejsce kaprala przy sfatygowanym, odrapanym biurku, wskazując mi bez słowa miejsce naprzeciwko. Długo przerzucał poszczególne listy, notował coś w dużym, skórzanym skoroszycie, minuty mijały, prom jeszcze stał, ale było już mocno po wpół do jedenastej. W końcu podsunął mi jeden z listów z pytaniem, czy mogę mu ten list wyjaśnić. Był to list od Zofii Ch., pisarki i tłumaczki, naszej wieloletniej przyjaciółki, która podówczas mieszkała w Londynie. List był recenzją jednego z moich opowiadań, drukowanych zresztą w moim debiutanckim tomie „Ostatni sen”, wydanym jeszcze w roku 1980 przez Czytelnika. Zaczynał się frazą z pierwszego zdania tego opowiadania: „Wysłałem mu lisa. Pocztą. W zwykłej, niebieskiej kopercie … „. Zofia szczególnie lubiła to opowiadanie z jakichś powodów i w liście nie szczędziła mu pochwał. List nie był długi, dwie strony, zapisane jej niezdyscyplinowanym, fantazyjnym pismem, i post scriptum, które zawierało kilka informacji o jej ewentualnym przyjeździe do Warszawy, o paczce wysłanej z Berlina, i lekach dla znajomej, pozdrowienia, takie tam rzeczy. Nic ponadto. Nie było tu nic do wyjaśniania. Major przyglądał mi się szklistym wzrokiem zawodowego inkwizytora. „Ma pan jeszcze szansę, by zdążyć na prom, powiedział w końcu, trzeba tylko, żeby wyjaśnił pan, co znaczy ten kod, że wysłał pan lisa, pocztą, i w zwykłej, niebieskiej kopercie. Niech pan się dobrze zastanowi. Mam silny instynkt samozachowawczy, potrafię realnie ocenić zagrożenie, ale nie byłem w stanie powstrzymać się od śmiechu. Rozdrażniło to majora. Czy pan myśli, że jestem głupi, warknął wściekle zrywając się zza biurka, myśli pan, że jestem kretynem? Kto, do cholery, wysyła lisa pocztą, w zwykłej kopercie?! No? Co to znaczy?! Może pan powie, że nic?! Absurd jest głuchy na zdrowy rozsądek czy rzeczowe argumenty. Po dziesiątkach przesłuchań w czasie internowania wiedziałem o tym aż nadto dobrze. Odparłem jedynie, tak spokojnie jak mnie na to było w tamtym momencie stać, że to dokładnie nic nie znaczy i że nie ma w tym żadnego szyfru, że literatura posługuje się czymś takim jak metaforą i że nie mam nic więcej do dodania. Major z niemaskowaną złością zatrzasnął swój skoroszyt, pozbierał moją korespondencję i wyszedł bez słowa. W jego miejsce powrócił kapral, jeszcze bardziej skulony i jeszcze bardziej byle jaki. Wskazówki zegara minęły godzinę jedenastą, jedenastą dwadzieścia, na promie zaczęto podnosić trap, przy linach na nadbrzeżu zaczęli teraz krzątać się pracownicy – widziałem to dość wyraźnie przez wysokie okna pokoju. Za piętnaście dwunasta trap na promie był już podniesiony, ale prom jeszcze stał. Gdy w myślach zacząłem już żegnać się z moimi najbliższymi, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna w cywilu. Nie widziałem go wcześniej. Podszedł do mnie, wręczył mi mój pseudo-paszport i powiedział, że mogę iść. Bez chwili wahania wybiegłem na nadbrzeże, zauważyłem, że luka trapu jest jeszcze otwarta, zacząłem dawać znaki, za moment trap zaczął wolno zjeżdżać w moją stronę. Wskoczyłem na niego, zanim jeszcze dotknął kamiennej płyty nadbrzeża. Po chwili byłem na pokładzie, gdzie czekali na mnie moja żona i mój mały, waleczny syn. W parę chwil później prom ruszył w rejs do Ystad.

Grecja. Polska. Jakikolwiek inny kraj na ziemi. Bandyckie reżimy są wszędzie takie same, ludzie, których wykorzystują są podobni, a metody identyczne. Chodzi przecież tylko o nasze uczucia, a te – o czym wiedzą i dobrzy i źli – są zawsze nagie i bezbronne.

Mięso po grecku

Nigdy w Grecji nie udało mi się otrzymać na talerzu w restauracji kawałka mięsa w całości. Po raz pierwszy, przed wielu laty, zwróciłem na to uwagę w pięknym Loutro. Dotarliśmy tam późnym popołudniem promem z Hora Sfakion, byliśmy głodni, zwabił nas zapach mięsa, pieczonego na ruszcie, ustawionym na brzegu morza, przed portową tawerną. Na rusztowinie wolno obracały się soczyste, wielkie płaty wspaniałej proteiny, pachnąc tak obłędnie, że gotów byłem, zwyczajem neandertalczyków, zająć się którymś w nich wcale nie czekając, aż będą gotowe. Przezornie nie omieszkałem nawet wskazać kelnerce, który z nich budzi moje największe pożądanie, a potem rozsiedliśmy się na wąskich, klasycznych greckich krzesłach z plecionką, równie wygodnych jak kasztan w bucie, z kuflem zimnego Mythosa w ręku, i oddaliśmy się rozkosznym marzeniom o czekającej nas uczcie. Z całą pewnością nigdy nie byłem tak bliski apopleksji, jak wtedy, gdy talerz z zamówionym marzeniem pojawił się wreszcie na stole. Moja boska pancetta, przyprawiona hojnie tymiankiem, rozmarynem, oregano, liściem laurowym, papryką i czosnkiem, została zamordowana, posiekana, zaszlachtowana, spiłowana i na talerzu, przy sporym pagórku frytek, i pod nim, leżały jakieś niedorzeczne wiórki, strużyny, ścinki, heblowiny cieńkie jak pajęczyna i suche jak piasek na Chrisi, wyspie osłów. Nie brakowało wiele, abym zaczął z tasakiem w ręku ścigać kucharza po zboczach pobliskich gór. Potem to samo było w Rethymno, Chanii i wielu innych miejscach i w końcu jakoś zdołałem nawet przyzwyczaić się do myśli, że w Grecji, zwykły kawałek mięsa w całości jest czymś równie nie do pomyślenia jak gra w siatkówkę z żyrafą. Grek na sam widok kawałka mięsa w całości dostaje czegoś w rodzaju amoku, musi go posiekać, zmiażdżyć, rozdrobnić, podzielić i podzielić jeszcze raz i jeszcze i jeszcze i pewnie nawet wtedy nie jest zadowolony, ale brakuje mu brzytwy, by w pełni dokończyć dzieła. Dotychczas nie udało mi się dociec, skąd pochodzi ta niszczycielska pasja Greków w stosunku do mięsa, ale wydawało mi się, że już nic nie może mnie w tym względzie zaskoczyć. Myliłem się. W czasie ostatniej wyprawy do Preveza przekonałem się, że w tej materii niczego nie można brać za oczywiste. Powodowani lenistwem zamówiliśmy całego grillowanego kurczaka z dostawą do naszego „apartments”; prezentowały się wspaniale na ruszcie. Pół godziny później odebraliśmy pudełko płaskie jak do pizzy, z kurczakiem podzielonym na cztery kawałki i tak spalonym, jakby wisiał na jakimś greckim płocie w greckim słońcu przez ostatnie sześć tygodni.