The same story

„Wywiady z historią” Oriany Fallaci. Ostatni z nich w tym zbiorze dotyczy Aleksandrosa Panagulisa, greckiego poety i polityka, który po zamachu stanu z 21 kwietnia 1967 sprzeciwił się wojskowemu reżimowi Jeorjosa Papadopulosa i założył organizację Grecki Ruch Oporu. Po niefortunnym zamachu na życie Papadopulosa został aresztowany i początkowo skazany na karę śmierci, którą jednak wstrzymano pod wpływem światowej opinii publicznej. Został jednak przeniesiony do okrytego złą sławą więzienia Boiati. Tam był przez długi czas poddawany okrutnym torturom fizycznym i psychicznym. Dzięki amnestii odzyskuje wolność w sierpniu 1973. Wywiad z nim pochodzi z tego okresu. Nieco później Panagulis zostaje towarzyszem życia Oriany Fallaci. W notatkach do wywiadu Oriana Fallaci wspomina o problemach Alekosa, gdy decydował się on na emigrację i zaczął czynić starania o uzyskanie paszportu. Czas mijał, przeszkody tylko mnożyły się, zawsze czegoś brakowało, wciąż pojawiały się jakieś nowe komplikacje i wydawało się, że szanse na uzyskanie paszportu i zgody na opuszczenie kraju maleją z każdym dniem. W końcu, kiedy był już bliski rezygnacji, nieoczekiwanie dowiaduje się, że przyznano mu paszport. Wreszcie mogli razem wylecieć samolotem Alitalii do Rzymu. W tym miejscu Fallaci pisze: Ale nawet wylot nie był cywilizowany. Po przejściu przez odprawę celną, policję graniczną, rewizję, weszliśmy do poczekalni i natychmiast otoczyła nas prowokatorska chmara policjantów w cywilu. Później zapowiedziano lot i dotarliśmy do bramki numer dwa. Podaliśmy nasze karty pokładowe. Odepchnięto nas do tyłu. „Dlaczego?”, zapytał Alekos. Milczenie. „Mamy ważne paszporty i ważne karty pokładowe i dopełniliśmy wszystkich formalności”. Milczenie. Wszyscy inni pasażerowie przeszli, wsiedli do autobusu, wysiedli z autobusu, weszli na pokład samolotu. Samolot czekał tylko na nas. A my nie mogliśmy nawet zbliżyć się do schodków. Co gorsza, nie podawano nam żadnego wyjaśnienia, nie dawano go również pracownikom Alitalii, którzy eskortowali nas, jak VIP-ów. Dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia pięć, trzydzieści … Nie rozumiałam, dlaczego po trzydziestu minutach pozwolono nam wejść na pokład. Może ktoś zadzwonił do szefa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Może ten powiadomił Papadopulosa i Papadopulos zdecydował, że nie warto było, również na arenie międzynarodowej, popełniać błędu, zakazując mu w ostatniej chwili lotu. Ale nie zrozumiałam też czego innego: nie zrozumiałam, czemu po zamknięciu drzwi samolot stał nieruchomo na pasie startowym przez kolejne czterdzieści minut. Tego dnia nie było problemów z wieżą kontrolną. Było tylko wielkie zakłopotanie na pokładzie.

Czytając te słowa raz jeszcze przeżyłem cały koszmar naszego własnego doświadczenia przy opuszczaniu kraju. Po wielu miesiącach starań o paszport, po dziesiątkach wizyt w Biurze Paszportowym, po przesłuchaniach, beznadziejnie głupich rozmowach z istotami o poziomie intelektualnym kleszczy, po rozmaitych zabiegach i formalnościach, które generowały tylko następne i kolejne, wreszcie pewnego dnia otrzymaliśmy paszporty. Wyjeżdżaliśmy z Polski drogą morską, promem ze Świnoujścia do Ystad. Dotarliśmy do przystani promowej dość wcześnie tamtego dnia. Do odpłynięcia promu, o dwudziestej drugiej, mieliśmy sporo czasu. Był dokładnie 21 marca 1983 roku, pogoda zgniła, zimna i chmurna, o spacerze nie było mowy. Nie bardzo już pamiętam, jak spędziliśmy ten czas, pewnie czekając w jakiejś kawiarni, istniała taka  naprzeciwko dworca kolejowego, w sąsiedztwie terminalu. Prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero podczas odprawy celnej. Długo i z zainteresowaniem przyglądano się naszym dziwnie „chudym”, bo zaledwie kilkustronicowym paszportom, ważnym tylko w jedną stronę. Bagaż mieliśmy dość skromny, zaledwie dwie, średniej wielkości walizki. Zostały natychmiast wypatroszone, wszystko wylądowało na stołach, sprawdzano sztuka po sztuce, badając centymetr po centymetrze. Nie znaleziono nic, naturalnie, ale asystujących przeszukaniu milicjantów w cywilu zainteresował plik moich prywatnych listów. Te zostały radośnie i triumfalnie skonfiskowane. Potem przeszliśmy rewizję osobistą. Najpierw K., a potem przyszła kolej na mnie. Naszemu synowi, wówczas sześcioletniemu, ta upokarzająca procedura została oszczędzona, choć przez moment wydawało się, że nie uniknie tego i on. Otóż, jeden z esbeków, nerwowy i spocony, raptem zerwał mu z głowy jego czapkę z pomponem. Mały okazał jednak odwagę lwa. „Oddaj mi natychmiast moją czapkę, tumanie!” krzyknął i skoczył do przodu. Esbek, straciwszy na moment rezon, opuścił dłoń w której trzymał jego czapkę, a nasz mały lew błyskawicznie wyrwał ją i z mocą założył sobie na głowę, wciągając ją niemal aż po wysokość nosa. Przygotowałem się na najgorsze, ale na szczęście nie było to konieczne. Ujęła się za nim jedna z celniczek, tęga, postawna kobieta w średnim wieku. Zdecydowanie odciągnęła esbeków na bok, przez chwilę prowadzili tam ożywioną dyskusję, ale rewizja została zakończona. Tylko rewizja. Nie pozwolono nam bowiem, śladem innych pasażerów, skierować się w stronę życzliwie opuszczonego trapu. Byliśmy zmuszeni upchnąć w pośpiechu w walizkach nasze rzeczy i przejść kilkadziesiąt metrów dalej, do sporego pomieszczenia z oknami wychodzącymi na nadbrzeże, gdzie przy samotnym biurku siedział jakiś smutny kapral. Pozostawiano nas tam bez słowa wyjaśnień. Czas mijał, widzieliśmy kolejnych pasażerów wchodzących po trapie na prom, trwało jakieś gorączkowe ożywienie na źle oświetlonym kaju, burzliwe rozmowy między załogą a esbekami. Dochodziła godzina dwudziesta druga, czas odjazdu promu. Kilka minut później do pokoju weszła spora grupa milicjantów i kilku ponurych typów w cywilu. Jeden z nich poinformował oschle, że K. i „lwiątko” mogą udać się na prom. K. zaprotestowała stanowczo, ani myślała zostawiać mnie samego. Przekonałem ją, jak umiałem w tym momencie najspokojniej, by skorzystała jednak z tej szansy. Pragnąłem, by chociaż oni byli bezpieczni i po drugiej stronie. W końcu, nie bez oporów i wątpliwości, ale dała się przekonać. Wiem, że podjęła tę decyzję tylko i wyłącznie ze względu na naszego syna. Jeden z policjantów pomógł jej zabierając najcięższą z naszych walizek, choć nie bez oznak wyraźnej dezaprobaty ze strony kolegów. Widziałem przez okno, że dalej, już na trapie pomogli jej ludzie z załogi. Dla mnie natomiast zaczęła się najbardziej absurdalna część tej farsy. Nagle pojawił się kostyczny milicjant w randze majora. W ręku trzymał plik skonfiskowanej mi korespondencji. Zajął miejsce kaprala przy sfatygowanym, odrapanym biurku, wskazując mi bez słowa miejsce naprzeciwko. Długo przerzucał poszczególne listy, notował coś w dużym, skórzanym skoroszycie, minuty mijały, prom jeszcze stał, ale było już mocno po wpół do jedenastej. W końcu podsunął mi jeden z listów z pytaniem, czy mogę mu ten list wyjaśnić. Był to list od Zofii Ch., pisarki i tłumaczki, naszej wieloletniej przyjaciółki, która podówczas mieszkała w Londynie. List był recenzją jednego z moich opowiadań, drukowanych zresztą w moim debiutanckim tomie „Ostatni sen”, wydanym jeszcze w roku 1980 przez Czytelnika. Zaczynał się frazą z pierwszego zdania tego opowiadania: „Wysłałem mu lisa. Pocztą. W zwykłej, niebieskiej kopercie … „. Zofia szczególnie lubiła to opowiadanie z jakichś powodów i w liście nie szczędziła mu pochwał. List nie był długi, dwie strony, zapisane jej niezdyscyplinowanym, fantazyjnym pismem, i post scriptum, które zawierało kilka informacji o jej ewentualnym przyjeździe do Warszawy, o paczce wysłanej z Berlina, i lekach dla znajomej, pozdrowienia, takie tam rzeczy. Nic ponadto. Nie było tu nic do wyjaśniania. Major przyglądał mi się szklistym wzrokiem zawodowego inkwizytora. „Ma pan jeszcze szansę, by zdążyć na prom, powiedział w końcu, trzeba tylko, żeby wyjaśnił pan, co znaczy ten kod, że wysłał pan lisa, pocztą, i w zwykłej, niebieskiej kopercie. Niech pan się dobrze zastanowi. Mam silny instynkt samozachowawczy, potrafię realnie ocenić zagrożenie, ale nie byłem w stanie powstrzymać się od śmiechu. Rozdrażniło to majora. Czy pan myśli, że jestem głupi, warknął wściekle zrywając się zza biurka, myśli pan, że jestem kretynem? Kto, do cholery, wysyła lisa pocztą, w zwykłej kopercie?! No? Co to znaczy?! Może pan powie, że nic?! Absurd jest głuchy na zdrowy rozsądek czy rzeczowe argumenty. Po dziesiątkach przesłuchań w czasie internowania wiedziałem o tym aż nadto dobrze. Odparłem jedynie, tak spokojnie jak mnie na to było w tamtym momencie stać, że to dokładnie nic nie znaczy i że nie ma w tym żadnego szyfru, że literatura posługuje się czymś takim jak metaforą i że nie mam nic więcej do dodania. Major z niemaskowaną złością zatrzasnął swój skoroszyt, pozbierał moją korespondencję i wyszedł bez słowa. W jego miejsce powrócił kapral, jeszcze bardziej skulony i jeszcze bardziej byle jaki. Wskazówki zegara minęły godzinę jedenastą, jedenastą dwadzieścia, na promie zaczęto podnosić trap, przy linach na nadbrzeżu zaczęli teraz krzątać się pracownicy – widziałem to dość wyraźnie przez wysokie okna pokoju. Za piętnaście dwunasta trap na promie był już podniesiony, ale prom jeszcze stał. Gdy w myślach zacząłem już żegnać się z moimi najbliższymi, do pokoju wszedł wysoki mężczyzna w cywilu. Nie widziałem go wcześniej. Podszedł do mnie, wręczył mi mój pseudo-paszport i powiedział, że mogę iść. Bez chwili wahania wybiegłem na nadbrzeże, zauważyłem, że luka trapu jest jeszcze otwarta, zacząłem dawać znaki, za moment trap zaczął wolno zjeżdżać w moją stronę. Wskoczyłem na niego, zanim jeszcze dotknął kamiennej płyty nadbrzeża. Po chwili byłem na pokładzie, gdzie czekali na mnie moja żona i mój mały, waleczny syn. W parę chwil później prom ruszył w rejs do Ystad.

Grecja. Polska. Jakikolwiek inny kraj na ziemi. Bandyckie reżimy są wszędzie takie same, ludzie, których wykorzystują są podobni, a metody identyczne. Chodzi przecież tylko o nasze uczucia, a te – o czym wiedzą i dobrzy i źli – są zawsze nagie i bezbronne.